Czasem, żeby porównać swoje doświadczenia i uczucia z doświadczeniem innych, wrzucam problem na Google i czytam. Tak też było i tym razem. Wrzuciłam coś na kształt: „jestem dla niego za stara”, potem „za brzydka”, a „za głupia” i inne już pojawiały się same. Mnóstwo historii kobiet nękanych psychicznie przez różnych ogrów w zaciszach domowych. Systematycznie odbierane poczucie własnej wartości, godności, kobiecości, piękna, seksualności...
Doświadczyłam tego samego. Wyszłam po 10 latach związku jak kloc drewna. Nie kobieta, tylko właśnie kloc drewna. Zaczęło się niewinnie, od takich niby milutkich epitetów: Kulunia... Że to niby ja ta KIulunia. Przy facecie patyczaku, który jak stanie na palcach, to ma 176 cm wzrostu i który buty musiałby w dziecięcym kupować, to nie trudno zostać Kulunią. A potem, w miarę, jak ilość uwag coraz bardziej dosadnych rośnie, rośnie też potrzeba dopieszczenia samej siebie i sprawienia sobie choć odrobinę radości, więc w ruch idą cukierki, czekoladki, ciasteczka... I tak zaczyna się droga ku byciu Kulunią w realu. Potem odchudzanie i tak w koło... A przy tym teksty: Przestań tle jeść, przestań się obżerać.
Po Kuluni przyszła pora na ocenianie każdego stroju. To zdejmij... Idź się przebierz... Wyglądasz w tym jak własna matka... W coś ty się ubrała... Masz w tym wielką dupę... Najlepiej żebym ja, osoba w poważnej firmie, na stanowisku, chadzała na co dzień w bojówkach i T-shirtach, bluzach i adidasach... Bo wtedy wyglądałabym młodziej. No niestety, mój dress code w pracy jest jaki jest, a ja uważam, że mam jakiś gust i rozeznanie co jest stosowne i na pewno nie ubieram się jak własna matka. Tylko... słysząc przez 10 lat wciąż coś nie tak o własnym stroju wieku i wyglądzie... Można stracić radość z bycia samą sobą, nie mówiąc już o tym, że można zacząć się siebie wstydzić.
Teletubiś. To było kolejne lekceważenie, ośmieszenie mnie. Tym razem chodziło o fryzurę. Był czas, że obcinałam się w charakterystyczny sposób. Nie mam pojęcia, co z tym miał wspólnego teletubiś, ale tak się jaśnie panu umyśliło, bo według niego było to wystarczająco poniżające, żeby podnieść własne ego w ten sposób, zwłaszcza że to zaczął być czas, kiedy u niego pojawiły się spore zakola i spore przerzedzenie ogólne. Potem, kiedy miałam już dość teletubisia, ścięłam się na krótko. To znów była awantura, że wyglądam jak chory chłopiec. Nie przypominam sobie ani jednej mojej fryzury, która byłaby ok.
Foka. Kiedy pojawiła się foka, wszystko zaczęło się intensyfikować. Foka to taka wesz korporacyjna, która weszła do naszego życia boczną furtką. Boczną, bo miała okazję być szefową jaśnie pana. A szefowa to szefowa, z nią się nie dyskutuje, tylko wykonuje polecenia. Moja wina polegała na tym, że w odpowiednim momencie nie przegoniłam fioki z naszego życia, albo przynajmniej nie zażądałam jej natychmiastowego outu. Pewnie związek rozpadłby się jakiś rok wcześniej, ale tym sposobem zaoszczędziłabym sobie rok życia na krawędzi psychicznej.
Foka weszła w życie jaśnie pana jak w masło. Kiedy ja walczyłam z atakami paniki, depersonalizacji, depresją, on godzinami gadał, z nią. Odrywał się od słuchawki chyba tylko, żeby się wysrać i przespać. A jej intensywność obecności narosła, kiedy usłyszałam od jaśnie pana: „Po pół roku mam dość, nie chcę słyszeć już nic o Twojej chorobie. Od dziś masz być normalna, bo ciągniesz mnie w dół”. No i od tamtej pory przez półtora roku walczyłam ze wszystkim nie dość, że bez jego wsparcia, to jeszcze udając, że nic się ze mną nie dzieje, że wyzdrowiałam. Jakiś horror. I naprawdę myślałam, że on tak to z troski o nas, że ona przeżywa moją chorobę i w końcu też przestanie mu się chcieć wszystkiego i spadnie w dół, a mieliśmy potężny kredyt...
Byłam idiotką, dałam się nabrać. Chciał mieć spokój, bo był gdzie indziej zafascynowany. Nie wiem, jaka mogłaby być kara dla babska, które bezczelnie odciąga faceta od domu, gdzie inna kobieta walczy na froncie załamania nerwowego. Nie mieści mi się to w głowie do dziś. A że byłam wtedy tak bardzo skupiona na terapii, na czytaniu i szukanie sposobu, żeby wyjść z tego gówna depresji i nie stracić pracy (więc w pracy dawałam z siebie resztę sił), to nie widziałam, że on żyje z tą foką w najlepsze na co dzień, a ja jestem tylko praczką, sprzątaczką, kucharką, popychadłem.
Do dziś nie wiem, o co jej chodziło, bo ma faceta, z którym ma dziecko i który jest finansowo jak dojna krowa, więc dlaczego tak podporządkowała sobie tego dupka? Prawdopodobnie spotkało się dwoje osobników narcystycznych, którzy zaczęli sobie z dziobków wyjadać i dąć w tę samą trąbę. A co to oznaczało dla mnie oprócz tego, że do momentu, kiedy nie powiedziałam: Basta, masz wyp... tę fokę z naszego życia, byłam dla niego przeźroczysta? Ano znaczyło to dla mnie tyle, że nagle miałam stać się Foką2. Czyli wyglądać jak ona, myśleć jak ona, żyć jak ona, ekspansywnie się zachowywać jak ona, w ogóle najlepiej, żebym ja zapadła się pod ziemię, a na moim miejscu, żeby pojawiła się ona.
Na początku pomyślałam, że może dobrze byłoby trochę zadbać o siebie jak dbają korporacyjne foki. Tylko że... ja o siebie dbałam. Wprowadzałam wówczas w życie zasady minimalizmu i kupowałam rzeczy tylko bardzo dobrej jakości, dobrze leżące na mnie, droższe, ale w małej ilości. No ale musiałam sobie przecież zakupić spodnie dokładnie takie, jakie miała nad morzem ta foka, bo... nie dawał mi spokoju. Przeleciałam całą galerię, żeby takie znaleźć. Były w Diversie czy Reserved... No ale na mnie one nie leżały tak jak na niej, bo też ja dupy tej dupy nie posiadałam.
Potem, już bliżej końca, leciały coraz mniej liczące się z moją osobą epitety. A to, że foka jest dla niego tak dobra jak ja nigdy nie byłam, a to, że dba o niego, a to, że kiedy jedzie służbowo, to z nim pieprzy godzinami przez telefon, żeby nie zasnął za kierownicą, a to, że w ogóle foka pod każdym względem jest naj. Zrozumiałam. Zakochał się w niej, owinęła go sobie wokół palca. Moje żądanie, aby zniknęła z naszego życia stało się niemożliwe do realizacji, ba wzbudziło tylko falę agresji poalkoholowej. I tak stał się coraz bardziej realny mój wypad z naszego wspólnego domu i życia.
I wtedy zaczęły się pojawiać epitety: nienormalna, psychiczna, wariatka, debilka... oraz wiele innych niecenzuralnych słów. I niemal codziennie słyszałam: Wypierdalaj! A ostatni dzień przed ucieczką usłyszałam słowa, które były gwoździem do trumny tego chorego związku: „Nie dorastasz foce do pięt. Powinnaś jej za wszystko podziękować”.
Może dzięki tej bezpośredniości rzeczonego niekutasa (bo kutas byłoby zbyt dobrym dla niego określeniem) podjęłam decyzję szybciej niż chciałam. Jak tylko wrócił z wyjazdu służbowego, wstałam rano, wzięłam spakowaną wcześniej walizkę, storczyka, który akurat pięknie zakwitł pod pachę i udałam się do samochodu. Tam mnie jeszcze gad dopadł, bo chyba szóstym zmysłem wyczuł, że odchodzę, ale to już nic nie zmieniło. Musiałby mnie chyba zabić, żebym została choć chwilę dłużej.
Teraz, prawie 5 miesięcy od tamtego dnia z kwiatkiem pod pachą (nota bene nieustannie bardzo obficie kwitnie w pracy na biurku) mam etap odwracania wszystkiego, co on mi zrobił, jakbym trzymała w ręce koniec włóczki. Kłębek się odwija, odwija, czasem się zamota, albo zapętli i trzeba go wziąć w ręce, żeby odplątać i dalej odwijać. A kiedy już odwinę całość, mam nadzieję, że poczuję się wolna, mam nadzieję, że szczęśliwa, mam nadzieję, że będę kobietą z poczuciem własnej wartości.
A całą tę odplątaną włóczkę buchnę w piec. Niech się pali na pohybel wszystkim psychopatom i korpofokom.