wtorek, 27 czerwca 2017

Uczę się życia na nowo


Zaskoczyła mnie dziś radość z takiego nagłego silnego poczucia, że jestem, że mam na tej ziemi swoje miejsce, że mogę robić to, co robię, nawet jeśli to „coś”, to jest na przykład „tylko” droga do pracy. To są takie najpiękniejsze chwile bliskiego kontaktu z samym sobą.


Dziś rano doświadczyłam takiego uczucia. To jak maleńki promyk słońca w gęstej mgle. I takich chwil, i takich odczuć, gdzie nic nie przynagla, gdzie nic nie ściska w żołądku, gdzie nic nie trzeba, nic się nie musi, gdzie można z radością myśleć, że dziś spotka się ludzi, których się lubi, takich chwil chcę najwięcej. Czy Wy też doświadczacie czasem takiego nagłego olśniewającego przypływu pozytywnej energii i radości po prostu „tylko” z tego, że jesteście?




A wczoraj z kolei miałam taką myśl:


Boże, jak to jednak dobrze, że już jestem sama.


Byłam w OBI ze względu na strategiczne przygotowania remontowe. Przy punkcie obsługi stała roztrzęsiona elegancka kobieta, która próbowała coś wymusić na obsługującej ją kobiecie. Za nią, w jakiejś odległości stał dość rozjuszony buhaj (czyli mąż vel konkubent) i trzymał jakieś wielkie pudło na wielkim wózku, zapierając się szeroko na wsparciu owego wózka. Okazało się, że kupili jakieś coś, co było wadliwe lub nie spełniało potrzeb buhaja. Jak tylko ona wróciła do niego i powiedziała, że dziś nie wymienią, bo… coś tam, ten rzucił się na nią słownie, robiąc się purpurowy i strzelając słowami, jak pociskami z karabinu maszynowego. Ona się aż skuliła i pobladła. A po mnie przeleciał wspomnieniowy dreszcz na kształt prądu elektrycznego, po czym szybko ustaliłam, że to nie mój buhaj i nie drze się na mnie, pomyślałam błogo:


Boże, jak to jednak dobrze, że już jestem sama.


Bezcenne :)



niedziela, 25 czerwca 2017

Zapożyczone cierpienie

Znalazłam na portalu netkobiety wpis, który jest dokładnym odzwierciedleniem tego, co czułam w tym związku, co on mi robił. Wciąż poszukuję potwierdzenia, że nie zwariowałam, że człowiek człowiekowi może być wilkiem. Chociaż do wilka mam więcej sentymentu niż do niego.


Kilka 'aktywności' wampira emocjonalnego:
- deprecjonowanie waszych pasji, zainteresowań, dokonań, na początku w żartach, które z czasem stają się natarczywe
- próba zrzucenia win wynikających z jego strony na was - odwrócenie 'kota ogonem'
- dotkliwe, notoryczne uwagi na temat waszego wyglądu, stylu ubierania się, tzw. 'małe szpilki'
- nieumiejętność rozmowy, trzaskanie drzwiami, a tym bardziej brak poczucia winy z jego strony
- ignorowanie, próby sił przy znajomych
- wieczne fochy i obrażanie się, nawet przy spokojnej rozmowie, którą on prowadzi do karczemnej awantury
- kompletny brak szacunku pod przykrywką 'nie umiem wyrażać uczuć'
- próby odciągnięcia od najbliższych
- granie na waszych emocjach, czasie i pieniądzach
- pozowanie na kochającego, dobrego partnera, który rzuca wszystko dla was, dopóki grozicie mu odejściem
- wszelkie pozostałe próby przemocy psychicznej, prowadzące do znacznego obniżenia pewności siebie, rezygnowania ze swoich zainteresowań, przyjaciół, prowadzące do przejęcia całkowitej kontroli nad waszymi emocjami


Jak wy czujecie się w związku z wampirem emocjonalnym?
- wykończone, śpiące, niekochane, nieakceptowane
- zaczynacie zwracać uwagę na bzdury i drobnostki w swoim wyglądzie, co często prowadzi do niskiej samooceny
- odcinacie się od ludzi wokół, gdyż zazwyczaj jemu osoby z waszego towarzystwa 'nie pasują'
- rezygnujecie z siebie kompletnie


Tak, to mnie, o moim związku. Chciałabym wreszcie uwolnić się od tego koszmaru. Uciekłam od niego, uciekłam ze związku, ale ten związek jest we mnie. Te, które to przeszły, co ja przechodzę, mówią, że to minie. Tylko że ja dziś kompletnie tego nie czuję.

sobota, 17 czerwca 2017

Za brzydka, za gruba, za stara, czyli ja konta korpofoka

 

Czasem, żeby porównać swoje doświadczenia i uczucia z doświadczeniem innych, wrzucam problem na Google i czytam. Tak też było i tym razem. Wrzuciłam coś na kształt: „jestem dla niego za stara”, potem „za brzydka”, a „za głupia” i inne już pojawiały się same. Mnóstwo historii kobiet nękanych psychicznie przez różnych ogrów w zaciszach domowych. Systematycznie odbierane poczucie własnej wartości, godności, kobiecości, piękna, seksualności...


Doświadczyłam tego samego. Wyszłam po 10 latach związku jak kloc drewna. Nie kobieta, tylko właśnie kloc drewna. Zaczęło się niewinnie, od takich niby milutkich epitetów: Kulunia... Że to niby ja ta KIulunia. Przy facecie patyczaku, który jak stanie na palcach, to ma 176 cm wzrostu i który buty musiałby w dziecięcym kupować, to nie trudno zostać Kulunią. A potem, w miarę, jak ilość uwag coraz bardziej dosadnych rośnie, rośnie też potrzeba dopieszczenia samej siebie i sprawienia sobie choć odrobinę radości, więc w ruch idą cukierki, czekoladki, ciasteczka... I tak zaczyna się droga ku byciu Kulunią w realu. Potem odchudzanie i tak w koło... A przy tym teksty: Przestań tle jeść, przestań się obżerać.


Po Kuluni przyszła pora na ocenianie każdego stroju. To zdejmij... Idź się przebierz... Wyglądasz w tym jak własna matka... W coś ty się ubrała... Masz w tym wielką dupę... Najlepiej żebym ja, osoba w poważnej firmie, na stanowisku, chadzała na co dzień w bojówkach i T-shirtach, bluzach i adidasach... Bo wtedy wyglądałabym młodziej. No niestety, mój dress code w pracy jest jaki jest, a ja uważam, że mam jakiś gust i rozeznanie co jest stosowne i na pewno nie ubieram się jak własna matka. Tylko... słysząc przez 10 lat wciąż coś nie tak o własnym stroju wieku i wyglądzie... Można stracić radość z bycia samą sobą, nie mówiąc już o tym, że można zacząć się siebie wstydzić.


Teletubiś. To było kolejne lekceważenie, ośmieszenie mnie. Tym razem chodziło o fryzurę. Był czas, że obcinałam się w charakterystyczny sposób. Nie mam pojęcia, co z tym miał wspólnego teletubiś, ale tak się jaśnie panu umyśliło, bo według niego było to wystarczająco poniżające, żeby podnieść własne ego w ten sposób, zwłaszcza że to zaczął być czas, kiedy u niego pojawiły się spore zakola i spore przerzedzenie ogólne. Potem, kiedy miałam już dość teletubisia, ścięłam się na krótko. To znów była awantura, że wyglądam jak chory chłopiec. Nie przypominam sobie ani jednej mojej fryzury, która byłaby ok.


Foka. Kiedy pojawiła się foka, wszystko zaczęło się intensyfikować. Foka to taka wesz korporacyjna, która weszła do naszego życia boczną furtką. Boczną, bo miała okazję być szefową jaśnie pana. A szefowa to szefowa, z nią się nie dyskutuje, tylko wykonuje polecenia. Moja wina polegała na tym, że w odpowiednim momencie nie przegoniłam fioki z naszego życia, albo przynajmniej nie zażądałam jej natychmiastowego outu. Pewnie związek rozpadłby się jakiś rok wcześniej, ale tym sposobem zaoszczędziłabym sobie rok życia na krawędzi psychicznej.


Foka weszła w życie jaśnie pana jak w masło. Kiedy ja walczyłam z atakami paniki, depersonalizacji, depresją, on godzinami gadał, z nią. Odrywał się od słuchawki chyba tylko, żeby się wysrać i przespać. A jej intensywność obecności narosła, kiedy usłyszałam od jaśnie pana: „Po pół roku mam dość, nie chcę słyszeć już nic o Twojej chorobie. Od dziś masz być normalna, bo ciągniesz mnie w dół”. No i od tamtej pory przez półtora roku walczyłam ze wszystkim nie dość, że bez jego wsparcia, to jeszcze udając, że nic się ze mną nie dzieje, że wyzdrowiałam. Jakiś horror. I naprawdę myślałam, że on tak to z troski o nas, że ona przeżywa moją chorobę i w końcu też przestanie mu się chcieć wszystkiego i spadnie w dół, a mieliśmy potężny kredyt...


Byłam idiotką, dałam się nabrać. Chciał mieć spokój, bo był gdzie indziej zafascynowany. Nie wiem, jaka mogłaby być kara dla babska, które bezczelnie odciąga faceta od domu, gdzie inna kobieta walczy na froncie załamania nerwowego. Nie mieści mi się to w głowie do dziś. A że byłam wtedy tak bardzo skupiona na terapii, na czytaniu i szukanie sposobu, żeby wyjść z tego gówna depresji i nie stracić pracy (więc w pracy dawałam z siebie resztę sił), to nie widziałam, że on żyje z tą foką w najlepsze na co dzień, a ja jestem tylko praczką, sprzątaczką, kucharką, popychadłem.


Do dziś nie wiem, o co jej chodziło, bo ma faceta, z którym ma dziecko i który jest finansowo jak dojna krowa, więc dlaczego tak podporządkowała sobie tego dupka? Prawdopodobnie spotkało się dwoje osobników narcystycznych, którzy zaczęli sobie z dziobków wyjadać i dąć w tę samą trąbę. A co to oznaczało dla mnie oprócz tego, że do momentu, kiedy nie powiedziałam: Basta, masz wyp... tę fokę z naszego życia, byłam dla niego przeźroczysta? Ano znaczyło to dla mnie tyle, że nagle miałam stać się Foką2. Czyli wyglądać jak ona, myśleć jak ona, żyć jak ona, ekspansywnie się zachowywać jak ona, w ogóle najlepiej, żebym ja zapadła się pod ziemię, a na moim miejscu, żeby pojawiła się ona.


Na początku pomyślałam, że może dobrze byłoby trochę zadbać o siebie jak dbają korporacyjne foki. Tylko że... ja o siebie dbałam. Wprowadzałam wówczas w życie zasady minimalizmu i kupowałam rzeczy tylko bardzo dobrej jakości, dobrze leżące na mnie, droższe, ale w małej ilości. No ale musiałam sobie przecież zakupić spodnie dokładnie takie, jakie miała nad morzem ta foka, bo... nie dawał mi spokoju. Przeleciałam całą galerię, żeby takie znaleźć. Były w Diversie czy Reserved... No ale na mnie one nie leżały tak jak na niej, bo też ja dupy tej dupy nie posiadałam.


Potem, już bliżej końca, leciały coraz mniej liczące się z moją osobą epitety. A to, że foka jest dla niego tak dobra jak ja nigdy nie byłam, a to, że dba o niego, a to, że kiedy jedzie służbowo, to z nim pieprzy godzinami przez telefon, żeby nie zasnął za kierownicą, a to, że w ogóle foka pod każdym względem jest naj. Zrozumiałam. Zakochał się w niej, owinęła go sobie wokół palca. Moje żądanie, aby zniknęła z naszego życia stało się niemożliwe do realizacji, ba wzbudziło tylko falę agresji poalkoholowej. I tak stał się coraz bardziej realny mój wypad z naszego wspólnego domu i życia.


I wtedy zaczęły się pojawiać epitety: nienormalna, psychiczna, wariatka, debilka... oraz wiele innych niecenzuralnych słów. I niemal codziennie słyszałam: Wypierdalaj! A ostatni dzień przed ucieczką usłyszałam słowa, które były gwoździem do trumny tego chorego związku: „Nie dorastasz foce do pięt. Powinnaś jej za wszystko podziękować”.


Może dzięki tej bezpośredniości rzeczonego niekutasa (bo kutas byłoby zbyt dobrym dla niego określeniem) podjęłam decyzję szybciej niż chciałam. Jak tylko wrócił z wyjazdu służbowego, wstałam rano, wzięłam spakowaną wcześniej walizkę, storczyka, który akurat pięknie zakwitł pod pachę i udałam się do samochodu. Tam mnie jeszcze gad dopadł, bo chyba szóstym zmysłem wyczuł, że odchodzę, ale to już nic nie zmieniło. Musiałby mnie chyba zabić, żebym została choć chwilę dłużej.


Teraz, prawie 5 miesięcy od tamtego dnia z kwiatkiem pod pachą (nota bene nieustannie bardzo obficie kwitnie w pracy na biurku) mam etap odwracania wszystkiego, co on mi zrobił, jakbym trzymała w ręce koniec włóczki. Kłębek się odwija, odwija, czasem się zamota, albo zapętli i trzeba go wziąć w ręce, żeby odplątać i dalej odwijać. A kiedy już odwinę całość, mam nadzieję, że poczuję się wolna, mam nadzieję, że szczęśliwa, mam nadzieję, że będę kobietą z poczuciem własnej wartości.


A całą tę odplątaną włóczkę buchnę w piec. Niech się pali na pohybel wszystkim psychopatom i korpofokom.

Samotne długie weekendy

Czy Wy też macie problem z syndromem długich weekendów i wakacji? Po latach w związku zapomniałam już, co to znaczy sam na sam ze sobą w weekendy, w długie weekendy i za chwilę w wakacje. Teraz mi się przypomniało, jak to było kiedyś, kiedy byłam sama. Trudno było. Może to też był i jeden z wielu ważnych powodów, że tak bardzo nie chciałam być sama. Tak bardzo, że...



No ale to już wiecie, co było dalej i jak skończyłam. Teraz zamiast szukać faceta, co mi tę pustkę wolnych dni zapełni sobą, szukam sposobu na zmianę własnego, myślowego, podejścia do tematu. Przyznam, że media i ogólny trend społeczny nie sprzyja temu. Przyjęliśmy modę zakodowaną nam przez tych, co na naszych potrzebach zarabiają, że nie wypada nie wyjeżdżać, że nie wypada nie spędzać wolnych dni w atrakcyjnych miejscach, że nie wypada nie robić nic szczególnego i zostać w domu, że nie wypada nie zapewnić dzieciom jakichś szczególnych atrakcji i aktywności. Ci, którzy się nie dostosowują do mody, bo z różnych powodów nie mogą, są passe, trędowaci.



Nudzenie się, nicnierobienie i mnie zakodowało się jako przerażająca pochylnia, która prowadzi prosto do degradacji człowieka. Próbuję przekonać samą siebie, że mogę ten czas poświęcić na dopieszczenie siebie, na wiele pozytywnych działań, których nie widać na zewnątrz, a które będą służyły mojej psychice. No właśnie próbuję. Czy Wy też próbujecie, czy Wam się udaje cieszyć się wolnym czasem bez spędzania długiego weekendu z jakimś onym na Fuerteventurze?

piątek, 16 czerwca 2017

Cechy toksycznego faceta

 


Ogranicza wolność i kontakty z rodziną i przyjaciółmi  


Wykazuje chęć zawładnięcia tobą i przekształcenia związku w więzienie pod pretekstem stworzenia wyjątkowej więzi bliskości, w której nie potrzeba nikogo z zewnątrz. Tak naprawę odizolowanie cię od innych ludzi ma posłużyć zawładnięciem i odizolowaniem od opinii i wsparcia innych.


 


Daje ci zero wsparcia


Każda kobieta potrzebuje wsparcia w związku. Toksyczny facet nie da ci ani czułości, ani nie pocieszy. On patrzy tylko na siebie, a twoje problemy nie są dla niego ważne. To totalny egoista, który z uśmiechem na ustach przejdzie obok ciebie, kiedy płaczesz.


 


Zdradza w każdy możliwy sposób


Nie przejmuje się tym, że jest w związku. Nie przejmuje się tym, że wzajemnie coś sobie obiecywaliście czy złożył ci jakąś obietnicę formalnie czy nieformalnie. On patrzy tylko na siebie. Zaprzecza, będzie się wykręcał, mówił, że źle coś interpretujesz. Będzie Cię oszukiwał, patrząc prosto w oczy, ponieważ nie posiada sumienia ani empatii. Zdradzi cię z inną kobietą, będzie za plecami przytakiwał swojej matce, która cię nienawidzi, zdradzi cię nawet w swoim umyśle, ponieważ ma o tobie same najgorsze myśli, uważa, że dybiesz na niego, bo sam taką ma taktykę wobec innych.


 


Kłamie prosto w oczy


Potrafi kłamać jak nikt. Sam już powoli gubi się w tym co mówi, ale i tak żyje w krainie ściem, do której cię wciągnął. Jego obietnice nigdy się nie spełniają, a on sam nie potrafi być szczery nawet w poważnej sytuacji.


 


 


Odwraca kota ogonem


Mimo tego, że niektóre sytuacje są niby jasne i klarowne, to on potrafi przekształcić je w taki sposób, żeby wszystko było skomplikowane i nieprzyjemne. Nawet tak miłe z pozoru przedsięwzięcie jak planowanie wakacji organizowanie wyjazdu potrafi zepsuć i uczynić najgorszym wspomnieniem, za wszystko obwiniając oczywiście ciebie.


 


Jest wiecznie naburmuszony i niezadowolony


Nic mu nie pasuje, zawsze jest w złym humorze. Nawet jak się starasz to on znajdzie jakiś punkt zaczepienia, aby zniszczyć twój dobry nastrój i humor.


 


Wampir energetyczny


Wysysa z ciebie pozytywną energię jak nikt. Mimo że tworzycie parę, to czujesz od niego negatywne fluidy. Jest jak wampir energetyczny, który stara się każdy dzień zamienić w horror i nawet nie stara się, żeby polepszyć twój nastrój.


 


Nałogowiec


Toksyczny facet często wpada w nałogi. Narkotyki, alkohol, hazard. Tego typu charakter jest niezwykle uległy na różnego rodzaju negatywne rzeczy i sytuacje. Nałogi rodzą kolejne konflikty i problemy, a on oczywiście udaje, że wszystko jest ok.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Życie po traumie

Trauma to proces gojenia rany, składający się poszczególne etapy. Jeśli potrzebujesz płakać, nie wstydź się, wylej z siebie żal, smutek, gorycz. Pozwól sobie na żałobę. Przyjmuj wszystkie emocje, które pojawią się w tym czasie. Nie osądzaj siebie, nie krytykuj, odczuwaj wszystko bez poczucia winy.


Oto lista sygnałów, które powinny cię zaniepokoić i skierować do szukania profesjonalnej pomocy:


- cierpisz z powodu z powodu depresji, niepokoju, dotkliwych lęków,- czujesz emocjonalny paraliż, wyłączenie z grupy, niechęć do nawiązywania kontaktów,
- masz kłopoty z funkcjonowaniem w pracy, szkole, w domu,
- unikasz wszystkiego, co przywołuje wspomnienia i skojarzenia z traumą,
- dręczą cię koszmary, flashbacki, przerażające wspomnienia.


Pacjenci po traumie, często z nasilonym PTSD – czyli zespołem stresu pourazowego, gdy trafiają do terapii – pragną jednego – zapomnieć o traumie. Chcą wymazać ją z pamięci. Niestety, profesjonalny psychoterapeuta nie może tego zaoferować. Celem terapii – będzie nauczenie się życia po traumie, powrót do poczucia bezpieczeństwa. W nurcie terapii poznawczo-behawioralnej, celem terapii będzie oswojenie lęku związanego z psychicznym powrotem do traumy, zaprzestanie unikania zachowań przywołujących wspomnienia, czy myśli o zdarzeniu i nabyciu strategii radzenia sobie z nawrotami. Dla osób cierpiących z powodu PTSD, taka propozycja ze strony terapeuty może wydawać się niemożliwa do wykonania. Często mechanizmy unikania są bardzo nasilone, a myśl o świadomym powrocie do wydarzenia traumatycznego powoduje silne objawy lękowe. Jednak terapia przedłużoną ekspozycją ma wysoką potwierdzoną klinicznie skuteczność, a w trakcie dobrze przeprowadzonej terapii, pacjent nie doświadcza więcej lęku niż jest w stanie znieść, a z całą pewnością mniej, niż doświadcza pozostając w szponach PTSD.


Trauma powinna zostać zrozumiana, w pełni poznana – gdyż inaczej może prowadzić do rozpadu w różnych dziedzinach życia. Może stać się poważnym zagrożeniem w tworzeniu tożsamości, rujnować poczucie bezpieczeństwa i odbierać jednostce sens funkcjonowania.


Trauma jako głębokie zranienie staje się oderwanym elementem, który przeszkadza w zintegrowaniu w całość. Człowiek bez pomocy zaczyna wchodzić w konflikt z własnym ja, jego droga rozwoju nieco się zawęża. Rana prędzej czy później daje o sobie znać, dlatego uciekanie od dawnego traumatycznego przeżycia jest jak błędne koło. Zawsze pojawi się czynnik, który sprowokuje ujawnienie się tej stłumionej, nieświadomej części. Wszystko to, co nagromadziło się w psychice człowieka, po ciężkim doświadczeniu – musi zostać uwolnione. Tylko wtedy można powrócić do równowagi i harmonii pozwalającej żyć.


Zdaniem POLSKIEGO TOWARZYSTWA BADAŃ NAD STRESEM TRAUMATYCZNYM powtarzające się opowiadanie terapeucie o zdarzeniu traumatycznym umożliwia jednostce zdobycie umiejętności kontrolowania własnych myśli i uczuć związanych z traumą. Dzięki temu pacjent uczy się, że nie musi obawiać się swoich wspomnień. W pierwszym okresie terapii pacjentowi może być szczególnie ciężko podejmować celowe myślenie o stresujących go wydarzeniach, jednakże z czasem staje się on coraz mniej przytłoczony swoimi negatywnymi wspomnieniami. Dzięki pomocy terapeuty pacjent może zmienić sposób, w jaki reaguje na stresujące wspomnienia.


Dzieje się tak ponieważ o stresujących wydarzeniach opowiada w miejscu, w którym czuje się bezpiecznie. Wielkim walorem niniejszej pozycji jest wzajemne zaangażowanie emocjonalne, terapeuty i pacjenta. Wspólne kroczenie wzbudza w obojgu zaufanie, jest motywacją dla pacjenta do podjęcia wysiłku. Poprzez terapie nawiązuje się silna relacja, która może przedłożyć się w przyszłości większą pewnością siebie, zaufaniem do ludzi, chęcią przynależenia do grupy, która również może okazać się wsparciem.

niedziela, 4 czerwca 2017

Kobieta kobiecie wilkiem

 

 „W piekle jest specjalne miejsce dla kobiet,


które nie pomagały innym kobietom”.


Madeline Albright byłej amerykańska sekretarz stanu



Skąd to się bierze w nas kobietach? Czy to, że od dziecka jesteśmy gnębione przez inne kobiety, powoduje, że jak dorastamy, robimy to samo? Matka, czasem nawet tego nie mówiąc, pokazuje, że gdyby miała syna, to on: kochałby ja bezgranicznie, jakiś mężczyzna wreszcie by się nią zainteresował, nie miałaby strachu przed niechcianą ciążą córki itd. Między kobietami za dużo jest konkurencji a za mało przyjaźni. Jest najczęściej jakieś 99% konkurencji i 10% przyjaźni.


Proporcje się odwracają tylko wówczas, kiedy ta druga ma wybitnie źle, czyli została bezdomna, bez pracy i dzieci, mieszka kątem u rodziców i ryczy cały dzień, co powoduje, że postarzała się o jakieś 10 lat. Wówczas solidarność kobieca idzie z odsieczą. Bo fajnie jest się potaplać w błotku koleżanki, kiedy można wrócić mimo wszystko do własnego domu, choć za ciasnego i 10 lat bez remontu, do własnego męża, nic, że pasibrzucha i chama, ale obecnego, i do własnych dzieci, które nie rokują na Einsteinów, ale mają matkę, ojca i dom, no i do znienawidzonej pracy, która jednak jest.


Ciąg zwalczania wzajemnego kobiet jest nieprzerwany. Matki zwalczają córki za to, że mają własne zdanie, są młodsze, bardziej atrakcyjne. Teściowe zwalczają synowe, bo zabrały im synów, a to przecież największy skarb i osiągnięcie ich życia. Brzydsze kobiety z nadwagą zwalczają wszystkie atrakcyjne. Samotne zwalczają mężatki, bo te mają facetów, a one są same. Żonate zwalczają samotne, bo stanowią potencjalne zagrożenie dla ich związków lub w przypadku, kiedy mają złego męża, zazdroszczą wolnym kobietom właśnie ich wolności. Biedne zwalczają te, które coś mają. Mniej zarabiające lub bezrobotne zwalczają te, które mają pracę. Bezdzietne nienawidzą matek. I tak można by wymieniać i wymieniać...


Nawet na forach pomocowych, gdzie teoretycznie są kobiety w tak samo trudnym położeniu, jedna potrafi dokopać drugiej. Dlaczego? A bo może nagle się przypomni, że jest w czarnej d... z powodu jakiejś kochanki męża, a więc wszystkie kobiety są podłe i wszystkie trzeba zwalczać.


Coś w tym jest. Sama zauważam, że nie lubię pewnego rodzaju kobiet. Ładnie opakowanych, z reguły przez portfele mężów, a pustych w środku. Takich cwanych gap, takich niuniaśnych foczek, takich, co to muszą być jak panna młoda na każdym weselu. I nie ma znaczenia, czy jest w nich pustka intelektualna, czy emocjonalna, czy jedna i druga. Nie lubię takich kobiet. Są jak wampiórzyce energetyczne i związkowe (dotyczy związków innych kobiet nie ich własnych, które sztucznie hodują, bo za coś trzeba się zrobić) i niszczą wszystko, co w zasięgu ręki, sięgając zwłaszcza po cudzych  facetów, aby się nimi dowartościować. Nie życzę im źle, tylko im życzę, aby trzymały sie ode mnie daleko, bo nie polubiłam i nie polubię.

Agresja werbalna, czyli słowna


Rodzaje słownej agresji:




  • Kwestionowanie słów, podważanie opinii, zaprzeczanie – agresor podważa wszelkie poglądy drugiej strony. Stale udowadnia, że nie ma ona racji bez względu na to, jaki sam ma rzeczywisty pogląd w danej sprawie. Każdą opinię odmienną od własnej traktuje w kategorii dominacji, jako próbę odebrania mu władzy, którą sam sobie nadał i chce sprawować niepodzielnie. Stała negacja i podważanie opinii powoduje, że druga strona zaczyna wątpić w siebie, swoją wiedzę, kompetencje, umiejętności.

  • Przekręcanie słów, znaczeń i zdarzeń – agresor zapamiętuje wiele kwestii, które wypowiada druga strona i przywołuje je w zupełnie innej sytuacji lub kontekście (nawet po latach), co powoduje blokadę drugiej strony, gdyż to są jej słowa i traci siłę własnej rzeczowej argumentacji i logicznego myślenia. Nie zawsze potrafi ona szybko dostrzec, że inny jest kontekst i sytuacja. Częste przywoływanie czyichś słów i manipulowanie ich fragmentami, zmieniając inteligentnie ich wydźwięk na zupełnie odwrotny, głupi lub szkodliwy, powoduje zażenowanie drugiej strony i wycofanie się, zwłaszcza kiedy to ma miejsce publicznie i inni śmieją się z ofiary agresji.

  • Bagatelizowanie – żadne zdarzenie, które dotyka drugą stronę nie jest na tyle ważne, aby się nad nim pochylić, wyrazić ciepłe słowa, okazać współczucie. Żadne cierpienie na tyle wielkie, żeby współczuć, a każde poskarżenie się czy chęć wygadania zostaje obśmiana, zbagatelizowana i przypomniany od razu „wielki” przykład z życia agresora, kiedy to on miał prawo cierpieć i domagać się uwagi.

  • Lekceważenie – słowny napastnik ignoruje wszelkie odczucia drugiej osoby, zbywa milczeniem, każe nie zawracać głowy w tej chwili i w ogóle nie bierze ich pod uwagę.

  • Upokarzające żarty, sarkastyczne uwagi – to słowne szpile raniące do żywego. Godzą w intelekt, poczucie wartości. Tak zwane odwracanie kota ogonem. I agresor inteligentniejszy i ma szybszą reakcję, tym łatwiej jest mu zdominować drugą stronę, która coraz więcej milczy, a w towarzystwie w ogóle przestaje się odzywać lub za każdym razem, kiedy coś mówi, patrzy na reakcję agresora.

  • Oskarżanie, osądzanie i krytykowanie – wszyscy są winni, wszyscy źle robią, nikt nie ma racji. Wychodzi na to, że ofiara agresji słownej ponosi odpowiedzialność nawet za sprawy, które nie zależą od nikogo.

  • Rozkazywanie i krzyk – Wojskowe komendy, podniesiony głos, krzyk (nawet na forach internetowych nie należy używać wersalików, bo to oznacza krzyk i należy do złego tonu). Mają podkreślić niższą pozycję drugiej strony, sprowadzić do roli osoby podległej, wykonującej polecenia. Utrwalanie w osobie poczucia, że jest niemotą i śmieciem i bez agresora sobie nie poradzi w życiu.

  • Wycofywanie się – Najpierw naciąganie drugą stronę na reakcję lub drażnienie, uderzanie w czułe punkty, aby jej puściły nerwy, a potem, kiedy cel jest osiągnięty i druga stronę nie wytrzymuje, wycofywanie się na zasadzie wypowiadania spokojnym tonem: „Ja głoszę pokój wszelkiemu stworzeniu na świecie. Spójrz na siebie, co ty wyprawiasz. Jak się uspokoisz, to przyjdź może porozmawiamy”.

  • Karanie milczeniem – ciche dni, połączone często (w związku) z karaniem brakiem seksu, to też werbalna agresja, która ma na celu osiągnąć zamierzony cel: posłuszeństwo i uległość oraz wyrobić lęk na przyszłość: „Będziesz się jeszcze kiedyś tak sprzeciwiać, będzie tak samo”.


Jest wiele szkół i rad, jak spobie poradzić z takim agresorem, czyli powtarzać: "Nie życzę sobie, żebyś tak do mnie mówił", "Proszę, abyś mnie szanował" itd. Podobno te słowa trzeba powytarzać jak mantrę, w sposób grzeczny, nie dając się wyprowadzić z równowagi.


Owszem, praktykowałam. Skutkuje w przypadku agresora sporadycznego, czyli takiego, z którym stykamy się raz w życiu lub rzadko, np. w pracy nie na co dzień. W przypadku drugiej połówki w związku, kiedy żyjemy pod jednym dachu, na jednym garnuszku i w jednym łóżku,  żadne zasady nic nie dadzą. Jest tylko jedno zasadnicze, dobrze sprawdzone (przeze mnie na własnej skórze) wyjście:


Uciekać!


Jak najdalej, jak najszybciej i zakleić sobie uszy woskiem jak Odyseusz na syreni śpiew, gdyż agresor, kiedy widzi, że posiłek energetyczny mu ucieka, zaczyna swój taniec godowy przymilny, przyciągający. Dlatego lepiej go nie słuchać, czyli nie słyszeć. A potem już obowiązuje tylko jedna zasada: zero kontaktu i leczenie się ze wszystkich wyrobionych podczas trwania związku lęków i traum.

piątek, 2 czerwca 2017

Jak nie zamartwiać się, kiedy znowu w życiu mi nie wyszło

Ten temat dotyczy już nie tylko osób, które związały się z psychopatycznym potworem, ale wszystkim, którym cokolwiek w życiu nie wyszło, czy to z winy własnej, czy z różnych zbiegów okoliczności.


 


1. Nie oglądać się za siebie


To jest najtrudniejsze w pierwszym etapie, czyli przez jakieś 3 miesiące. Ponieważ kiedy nasze cierpienie jest świeżą raną, nie możemy praktycznie przestać myśleć o przeszłości, nie możemy zacząć myśleć o niczym innym jak tylko o tym, co nas spotkało, co nam nie wyszło. Dobrze jeśli z tego naszego wracania do przeszłości wynikają chociaż jakiekolwiek korzyści. Gorzej, jeśli nie wynika nic oprócz hodowania wrzodów żołądka i wypłakiwania oczu.


Pozytywne aspekty wracania do przeszłości praktycznie nie istnieją, ale jeśli musimy do niej wracać, inaczej nie potrafimy, to wykorzystajmy to w dwóch kierunkach:


 


– wyładowanie złości


Zawsze pojawia się złość na kogoś, okoliczności, naturę, Boga… Pod różnymi postaciami ten gniew się ujawnia. Nie zawsze jest to krzyk, podniesione ciśnienie i wewnętrzny dygot. Czasem inne reakcje organizmu też mogą być wywołane przez gniew. Dobrze jest go wyładować w aktywności fizycznej. Choć wiem, że pięknie się mówi, gorzej z realizacją, kiedy jesteśmy w czarnej d… Nie jest dobrze złość dusić w sobie lub nie pozwalać sobie na nią, bo ktoś nam kiedyś powiedział, że trzeba wybaczać. Tak, owszem, trzeba wybaczać, ale wtedy, kiedy jesteśmy na to gotowi. A będziemy gotowi, kiedy przerobimy m.in. naszą złość.



– konstruktywne wnioski na przyszłość


Jeśli już musimy międlić przeszłość, to niech z tego coś dobrego wyniknie dla naszej przyszłości. Jeśli więc realizowaliśmy jakiś chory schemat, coś w naszym życiu się powtarza systematycznie i nie jest to coś, z czego jesteśmy dumni, trafiamy wiąż na ten sam typ ludzi, którzy nas ranią, sami ranimy i nie wiemy czemu… To jest to dobry czas, aby dokonać analizy, samemu, z pomocą lektur lub z pomocą specjalisty psychoterapeuty.


 


2. Nie oglądać się przed siebie


Kiedy jesteśmy już na dnie, kiedy być może pukamy do tego dna od spodu (co podobno jest gorsza wersją bycia na dnie), to nie ma nic bardziej destrukcyjnego jak myślenie o przyszłości. A już na pewno, kiedy na przykład musieliśmy uciekać z własnego domu, życia czy pracy. Przyszłość może nam się jawić jak czarna otchłań, w której nie dostrzegamy żadnych pozytywów ani żadnych dobrych rozwiązań. Biorąc pod uwagę spadek naszej formy psychofizycznej, do czarnych myśli dokłada się nasza biologia, która już zupełnie kładzie optymizm i jasność myślenia.


Nie bez powodu mówi się, żeby w czasie kryzysu nie podejmować żadnych ważnych lub wiążących decyzji, bo nie jesteśmy w jasności umysłu i później może się okazać, że popełniliśmy kolejny błąd.


I nie bez powodu mówi się, że nerwy i stres zżerają nasze zasoby minerałów, dlatego warto wspomóc się w tym czasie jakimiś suplementami (magnez, cynk, wit. B complex, wit. D, A to podstawa w takich sytuacjach).


 


3. Rozglądać się wokół siebie


 


Skoro wyeliminowaliśmy przeszłość i przyszłość, to co nam zostaje? Wydaje się, że nic. I tu znów może zapaść w nas klapka lęku i przerażenia. Bo oto kawał czasu na nami ma przestać istnieć, kawał czasu przed nami też, i zostaje ten mały czarny punkcik tu i teraz.


Jeśli tak myślisz, to zmianę myślenia czas zacząć. Wytęż wyobraźnię i spróbuj zobaczyć ogromną przestrzeń tu i teraz. Tak wielką, że jak obrócisz się wokół własnej osi, to nie widać krańca aż po horyzont. A gdzieś w oddali z jednej strony jest małe kółko twojej przeszłości, którego nie widzisz. I gdzieś w oddali, po przeciwległej stronie, jest małe kółko przyszłości, której też nie widzisz.


Tak właśnie realnie wygląda twój świat. I tak też wygląda świat twoich emocji. Czy dziś czujesz to samo, co czułeś z taką intensywnością 10 lat temu? Nie. Nawet jeśli 10 lat temu serce ci wyskakiwało z piersi z radości narodzin pierworodnego potomka lub akurat miałeś sprawę rozwodową, to dziś masz wspomnienie tamtych uczyć, ale nie targają one twoimi wnętrznościami. Natomiast realne uczucie dziś, takie dogłębne, może przenieść ci to, co dzieje się aktualnie. Nawet jeśli będzie to związane z tak błahym wydarzeniem, jak fakt oparzenia się gorąca pokrywką. Tu i teraz oparzenie się tą nieszczęsną pokrywką wywoła o wiele większe reakcje twojej psychiki i ciała niż wspomnienie rozwodu 10 lat temu.


Mają taką świadomość, łatwiej znosi się różne trudne czasy w życiu i przejścia. Ja zawsze sobie powtarzam, że za każdym zakrętem, nawet kilkukrotnym, zawsze jest jakiś odcinek prostej. Mając lat ponad 30 już się to wie. A mają lat ponad 40 jest się tego pewnym.


Tylko te wydarzenia, które są dziś, mogą w tobie wzbudzić tak wielkie emocje. Dlatego obszaru twojego „dziś” potrzeba znacznie więcej niż ten początkowy czarny punkcik, który widziałeś. I twojego zaangażowania w to twoje dziś też potrzeba o wiele więcej niż energii, którą marnujesz rozpamiętując przeszłość i obawiając się przyszłości. Realnie masz wpływ na to, co zrobić dziś. Dlatego staraj się to wykorzystać. A zobaczysz, że przyniesie to błogosławione owoce zarówno dla uporania się z przeszłością, jak i dla stworzenia trwalszego fundamentu pod przyszłość niż do tej pory.


Spróbuj wybrać się na spacer po tym twoim tu i teraz. Oglądaj, wąchaj, czuj… To jest najważniejszy kawałek twojego życia.


Zdarzyło mi się ostatnio, jadąc pierdylionowy raz do pracy tą samą drogą, na jednym ze skrzyżowań, na którym stałam na światłach, podnieść głowę ponad sygnalizator. I zobaczyłam w oddali drzewa, a miedzy nimi budynki, które jakby się przepychały z zielenią o odrobinę miejsca dla siebie. Pierwszy raz zauważyłam, że centrum mojego miasta jest umieszczone na pagórkowatym terenie i że jest w nim mnóstwo zieleni. I zachwyciłam się tym widokiem. Poczułam wzruszenie. I takie nawyki i uczucia warto wzbudzać i pielęgnować. Są jak akumulatory pozytywnej energii na trudniejsze chwile, które może uda nam się szybciej przejść.


Jak dużo z tu i teraz tracimy, wciąż próbując zmienić niezmienialną przeszłość czy odgadnąć lub wyreżyserować przyszłość, która i tak nas zaskoczy… Zacznijmy żyć świadomie, pięknie i radośnie właśnie tu gdzie jesteśmy, właśnie dziś!