Najbardziej smutny jest lęk przed lękiem. To taki objaw nad którym tak ciężko zapanować. Nie wiem nawet, od czego zacząć, bo to jest jedno wielkie błędne koło lęku. Po prostu zacznę tu, gdzie jestem teraz. Jest już po południu, a lęk nie puszcza. Czekam na tę chwilę, kiedy puści. Nie, nie całkiem, ale na tyle, żeby odpocząć. Odpocząć przed następną serią. Tak naprawdę tylko wtedy, kiedy mam wyłączone myślenie, czyli kiedy śpię, to się mniej boję, może wcale... Tego nie wiem. Tylko że jak kiedyś w stanach psychicznego zmęczenia mój organizm domagał się snu i potrafiłam zasnąć nawet przed operacją, co wszystkich dziwiło, i trudno mnie było obudzić, bo tak mocno spałam, tak teraz nic z tamtego zdrowego odruchu organizmu nie zostało. Boję się iść spać. Boje się tego tylko dlatego, że przyjdzie ten moment obudzenia się. Nawet nie otwarcia oczu, ale powolnego odzyskiwania świadomości dziennej. I w tej chwili jak grom z jasnego nieba spada na mnie lęk. Ogromny, przerażający, paraliżujący, myśli kręcą się jak na karuzeli, przyspieszają, już są jak pendolino. I tak trwa czasem do południa, a czasem do popołudnia, nieraz do wieczora, a są takie dni, że kończy się dopiero po wzięciu kolejnej tabletki nasennej i rozpoczęciu jej działania. W tym czasie dzieje się coś nieprawdopodobnego z moim mózgiem i ciałem. Czuję jakby mi dymiło spod czachy, myśli się kłębią, rolują, wiją, rozmnażają się, robi się jeden wielki szary kołtun, który już nie mieści się w głowie i czuję jak uciska moją czaszkę. Do tego ucisk w żołądku, nogi z waty, sparaliżowane ramiona.
Tak, mam za słabe tabletki. Po tych, które brałam przez dwa tygodnie, było cudownie. Odpoczywałam. Niestety skutki uboczne były fatalne. Wróciłam do słabszych uniwersalnych. Czuję jakbym nie brała nic. Może nie działają? Nie wiem. Muszę przy najbliższej wizycie u lekarza powiedzieć mu, żeby dał mi coś innego, ale mocniejszego. Nie da się walczyć z tym paskudztwem w głowie, kiedy wszystko przeszkadza w tej walce. Chociaż taki miałam plan: wytrwać na tych słabszych lekach i nie dać się, pokonać chorobę. Jednak widzę, że nie daję rady.
Ale... Jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie normalnie. Mimo, że mam dziś atak trwający od otwarcia porannego oczu i jestem strasznie zmęczona, a końca nie widać, to wierzę. Wierzę, że choroba minie, wierzę, że te czarne myśli, to tylko moja głowa i nigdy się nie sprawdzą, bo wierzę Bogu, że
Pan odmienił los Hioba, bo modlił się on za swoich przyjaciół.
Pan dwukrotnie pomnożył wszystko, co Hiob posiadał.
Przyszli do niego wszyscy jego bracia, wszystkie jego siostry
i wszyscy znajomi. Jedli z nim w jego domu chleb, okazywali
mu współczucie i pocieszali go z powodu wszystkich nieszczęść,
które Pan zesłał na niego. Każdy z nich dał mu po monecie i po
jednym złotym pierścieniu.
I później Pan błogosławił Hiobowi bardziej niż przedtem.
Posiadał on czternaście tysięcy owiec, sześć tysięcy wielbłądów,
tysiąc par wołów zaprzęgowych i tysiąc oślic. Miał także siedmiu
synów i trzy córki. Pierwszej dał na imię Gołąbka, drugiej
Kwiat Cynamonu, trzeciej Szkatułka Karminu. W całym kraju
nie można było znaleźć kobiet piękniejszych od córek Hioba.
Ojciec dał im też prawo dziedziczenia na równi z braćmi.
Potem Hiob żył jeszcze sto czterdzieści lat. Oglądał swoje dzieci
i ich dzieci do czwartego pokolenia. Umarł Hiob jako starzec
syty swoich dni.
I tego się będę trzymać, dopóki żyję i dopóki daję radę racjonalnie myśleć! Nie wierzę za to, że Bóg nie odpuści choroby, nie uleczy kogoś, kto tak bardzo Jemu zawierzył, kto złożył w jego rękach całe swoje życie i życie swoich najbliższych. Kto wreszcie złożył w Jego rękach życie swoich wrogów i tych, którzy go nienawidzą. Moja wiara jest dziecięca, pełna zachwytu i brak w niej słów: To się nie uda. U Boga nie ma nic, co mogłoby się nie udać. Ja to wiem i wiem, że Pan obliczył czas, ile ma mnie ta choroba trzymać, żeby sprawdzić, czy dam radę. Panie Jezu, dam radę!