wtorek, 28 października 2014

Lęk przed lękiem

70821Najbardziej smutny jest lęk przed lękiem. To taki objaw nad którym tak ciężko zapanować. Nie wiem nawet, od czego zacząć, bo to jest jedno wielkie błędne koło lęku. Po prostu zacznę tu, gdzie jestem teraz. Jest już po południu, a lęk nie puszcza. Czekam na tę chwilę, kiedy puści. Nie, nie całkiem, ale na tyle, żeby odpocząć. Odpocząć przed następną serią. Tak naprawdę tylko wtedy, kiedy mam wyłączone myślenie, czyli kiedy śpię, to się mniej boję, może wcale... Tego nie wiem. Tylko że jak kiedyś w stanach psychicznego zmęczenia mój organizm domagał się snu i potrafiłam zasnąć nawet przed operacją, co wszystkich dziwiło, i trudno mnie było obudzić, bo tak mocno spałam, tak teraz nic z tamtego zdrowego odruchu organizmu nie zostało. Boję się iść spać. Boje się tego tylko dlatego, że przyjdzie ten moment obudzenia się. Nawet nie otwarcia oczu, ale powolnego odzyskiwania świadomości dziennej. I w tej chwili jak grom z jasnego nieba spada na mnie lęk. Ogromny, przerażający, paraliżujący, myśli kręcą się jak na karuzeli, przyspieszają, już są jak pendolino. I tak trwa czasem do południa, a czasem do popołudnia, nieraz do wieczora, a są takie dni, że kończy się dopiero po wzięciu kolejnej tabletki nasennej i rozpoczęciu jej działania. W tym czasie dzieje się coś nieprawdopodobnego z moim mózgiem i ciałem. Czuję jakby mi dymiło spod czachy, myśli się kłębią, rolują, wiją, rozmnażają się, robi się jeden wielki szary kołtun, który już nie mieści się w głowie i czuję jak uciska moją czaszkę. Do tego ucisk w żołądku, nogi z waty, sparaliżowane ramiona.


Tak, mam za słabe tabletki. Po tych, które brałam przez dwa tygodnie, było cudownie. Odpoczywałam. Niestety skutki uboczne były fatalne. Wróciłam do słabszych uniwersalnych. Czuję jakbym nie brała nic. Może nie działają? Nie wiem. Muszę przy najbliższej wizycie u lekarza powiedzieć mu, żeby dał mi coś innego, ale mocniejszego. Nie da się walczyć z tym paskudztwem w głowie, kiedy wszystko przeszkadza w tej walce. Chociaż taki miałam plan: wytrwać na tych słabszych lekach i nie dać się, pokonać chorobę. Jednak widzę, że nie daję rady.


Ale... Jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie normalnie. Mimo, że mam dziś atak trwający od otwarcia porannego oczu i jestem strasznie zmęczona, a końca nie widać, to wierzę. Wierzę, że choroba minie, wierzę, że te czarne myśli, to tylko moja głowa i nigdy się nie sprawdzą, bo wierzę Bogu, że


Pan odmienił los Hioba, bo modlił się on za swoich przyjaciół.
Pan dwukrotnie pomnożył wszystko, co Hiob posiadał.
Przyszli do niego wszyscy jego bracia, wszystkie jego siostry
i wszyscy znajomi. Jedli z nim w jego domu chleb, okazywali
mu współczucie i pocieszali go z powodu wszystkich nieszczęść,


które Pan zesłał na niego. Każdy z nich dał mu po monecie i po
jednym złotym pierścieniu.
I później Pan błogosławił Hiobowi bardziej niż przedtem.
Posiadał on czternaście tysięcy owiec, sześć tysięcy wielbłądów,
tysiąc par wołów zaprzęgowych i tysiąc oślic. Miał także siedmiu
synów i trzy córki. Pierwszej dał na imię Gołąbka, drugiej
Kwiat Cynamonu, trzeciej Szkatułka Karminu. W całym kraju
nie można było znaleźć kobiet piękniejszych od córek Hioba.
Ojciec dał im też prawo dziedziczenia na równi z braćmi.
Potem Hiob żył jeszcze sto czterdzieści lat. Oglądał swoje dzieci
i ich dzieci do czwartego pokolenia. Umarł Hiob jako starzec
syty swoich dni.


I tego się będę trzymać, dopóki żyję i dopóki daję radę racjonalnie myśleć! Nie wierzę za to, że Bóg nie odpuści choroby, nie uleczy kogoś, kto tak bardzo Jemu zawierzył, kto złożył w jego rękach całe swoje życie i życie swoich najbliższych. Kto wreszcie złożył w Jego rękach życie swoich wrogów i tych, którzy go nienawidzą. Moja wiara jest dziecięca, pełna zachwytu i brak w niej słów: To się nie uda. U Boga nie ma nic, co mogłoby się nie udać. Ja to wiem i wiem, że Pan obliczył czas, ile ma mnie ta choroba trzymać, żeby sprawdzić, czy dam radę. Panie Jezu, dam radę!

piątek, 3 października 2014

Wyrok noszony w sobie

dieta-baletnicy

Depresja. W każdej innej chorobie możesz posłuchać dobrej rady, żeby przestać o niej myśleć, a zacząć o czym przyjemnym, aby odciągnąć swoją uwagę od tego co trudne. W każdej, tylko nie w tej. Bo to jest właśnie choroba myśli. Nie ma gorszej rzeczy dla osoby z chorymi myślami, jak usłyszeć po raz setny od życzliwych osób (naprawdę życzliwych, tylko nierozumiejących): "Weź się w garść". Ciśnie się odpowiedź: "Bardzo chętnie, tylko co to jest garść? Bo mięśnie rąk mam tak zwiotczałe, że nie bardzo wiem, jak zrobić to coś, co nazywasz garścią".


Dziś tylko tyle, bo jestem zmęczona trzecim już od rana "atakiem". Tak nazywam to coś, co w pierwszym wpisie porównałam z atakiem padaczki. Oddaję głos Tomaszowi Jastrunowi, który w idealny sposób opisał mój stan:


Depresja jest jak rak, ale można z nią wygrać.

czwartek, 2 października 2014

Powrót do tajemnicy

kobieta-baletnica


 

Każdy z nas ma taką napadową chęć zjedzenia czegoś, czego dawno nie jadł lub za czym nigdy wcześniej nie przepadał, a tu nagle mu się zachciało właśnie tego. I na przykład przez miesiąc je pomidory albo jabłka czy jogurty albo gorzką czekoladę, chociaż wcześniej lubił tylko mleczną.


Ja też tak mam. Zauważyłam to już od dawna i zawsze uważałam, że organizm sam wybiera sobie te produkty, które zwierają jakieś składniki, których mi akurat brakuje. Tak uważałam w swoim poukładanym, racjonalnym życiu, więc dziś wierzę, że coś w tym musi być. Teraz doszło do mnie całkiem nowe doświadczenie: atawistyczna wręcz potrzeba odtworzenia przeszłości. Od czasu załamania nerwowego najpierw podświadomie gromadziłam rzeczy, którymi się zaczęłam otaczać, a które pamiętam z dzieciństwa, z domu dziadków, z mojego domu, z domu wujka... Tak jakbym chciała odtworzyć klimat, sytuacje, przeszłość. I co jest przerażające, robię to do dziś, mimo że teraz już sobie uświadomiłam ten mechanizm.


Najpierw wydawało mi się, że chce wrócić do dzieciństwa, kiedy czułam się bezpiecznie, bo teraz nosze w sobie ciągły lęk. Ale nie. Przecież nie myślę o swoim dzieciństwie jako o czasie szczęśliwości. Raczej jako o czasie wielkiej, mrocznej tajemnicy.


A więc dlaczego tak uparcie moja psychika dąży do odtworzenia przeszłości? Bo jest w niej coś takiego jak w gorzkiej czekoladzie? Jakiś składnik, element układanki, którego brakuje mi dziś, by moja psychika mogła funkcjonować jak dobrze naoliwiona maszyna? Jestem o tym coraz bardziej przekonana. Ale nie wiem, co z tą wiedzą zrobić. Jeśli do tej pory nie znam swojego dzieciństwa, a rodzice (?) dość mało wiarygodnie mi je opisują jako czas wielkiej mej szczęśliwości, to jak mam odkryć, co się tak naprawdę stało? Fakt, że mój dom coraz bardziej przypomina domek babciny, nie cieszy mnie, a przeraża. Boję się go, każdy powrót do niego odczuwam jako dobrowolne oddanie się w ręce psychopaty. Ale kiedy już w nim jestem, to, o dziwo, jest mi w nim dobrze, lubię go, podoba mi się, czuje się w nim jak u siebie.


O co w tym wszystkim, do cholery, chodzi? Chcę odzyskać siebie, moją starą, dobrze znaną mi mnie! Nie chcę być tym kimś, kim jestem teraz, taką panną "niewiadomoco", ani nie chcę być kimś innym niż byłam, nawet jeśli lepszym. Znane braki i wady są lepsze niż nieznane nic. Proszę mego Anioła Stróża, bo dziś jest jego święto, niech już ten koszmarny sen się skończy. Chcę się obudzić jako ja, tamta ja...

środa, 1 października 2014

Zjazd pod wodę

baletnica-woda-kobieta-taniec-17696-300x184

 

To jedno z najnieprzyjemniejszych odczuć. Chodzisz sobie po ziemi, myślisz sobie o tym, co zrobić dziś na obiad. Albo nie myślisz, co zrobić na obiad, bo wcale nie masz ochoty na zjedzenie czegokolwiek, ale coś jednak zajmuje twoje myśli, coś codziennego, zwykłego albo niezwyczajnego, jakieś marzenie na ten przykład... I nagle spływa na ciebie zimna fala: zaczyna się ogromnym niepokojem, armią mrówek na całym ciele, które biegną od karku wzdłuż pleców, aż po pięty i koniuszków palców u rąk. Potem myśli stają się jednym wielkim włochatym kołtunem, który zaczyna odbierać ci rzeczywiste i rozsądne myślenie. Wpadasz w panikę.


W filmie Trzy kolory. Niebieski Kieślowskiego jest taka scena w basenie. Juliette Binoche jako Julie Vignon-de Courcy próbuje odreagować po tragedii. W tym celu codziennie chodzi na basen i katorżniczo próbuje zapływać swoją rozpacz. W momencie, kiedy wyłania się spod wody i trzyma się rękami brzegu basenu wydaje się nam, że choć częściowo uwolniła się od dręczących ją i przygniatających myśli. Zdaje się lżejsza, pogodniejsza, a tu nagle jak grom z jasnego nieba spada na nią kilkutonowy ciężar. W filmie jest to mocny akord muzyczny, który wpycha Julie bezwiednie pod wodę. Długo nie wypływa, widzimy jak nie ma sił, aby wydostać się na powierzchnie, do życiodajnego tlenu.


Kiedy ja doznaję takiego stanu, słyszę w tle właśnie tę muzykę Praisnera. Ten mocny akord z Koncertu dla Europy. Jest to piękne, kiedy siedzi się w swoim fajnym, bezproblemowym życiu, na wygodnym fotelu i ogląda... Kiedy doświadcza się tego samego, to już takie piękne nie jest. Mogę to porównać do ataku padaczki, ale ze świadomością tego, co się dzieje. Nie masz na to wpływu, czujesz, że nadchodzi albo dopada cię znienacka, następuje paraliż ciała i myśli i zaczynasz mieć w głowie chaos, tragiczne sceny z twojego przyszłego życia, najgorsze scenariusze, różne, ale podobne, bo wszystkie kończą się katastrofą lub śmiercią w poczuciu spieprzenia życia własnego i tych, których kochasz. Trwa to pewnie kilka minut, ale tobie wydaje się, że wieczność.


Kiedy atak mija, powoli odzyskuję świadomość. Zaczynam sama sobie tłumaczyć, jak dobra mama małemu dziecku, że nic  się nie stało, że póki co nie dzieje się nic złego i na horyzoncie nie widać aby się miało dziać. Kroczek po kroczku uspokajam się aż do poczucia, że oto ten tonowy kamień wreszcie ze mnie zlazł. Miękko opadam. Czuję się zmęczona. Tak zmęczona, jak po maratonie, chociaż nigdy w nim nie brałam udziału. Mięśnie ciała, o których normalny człowiek nawet nie pamięta lub nie wie, że je ma, mnie bolą. Były napięte do granic możliwości podczas ataku. Teraz rozluźniły się, ale bolą.


Jeszcze jakiś miesiąc temu to odczucie napięcia mięśni trwało non stop, 24 godziny na dobę. Dzień po dniu, minuta po minucie czułam się jakbym wchodziła drzwiami do sali gimnastycznej, gdzie za chwile zacznie się matura. To było bardzo silne i nieprzyjemne uczucie ten strach maturalny. A teraz przeżywałam go non stop. Trzy miesiące bez chwili wytchnienia, nawet podczas snu. Dopiero kiedy poznałam moje obecne znajome, prochy, to to napięcie puściło, ten strach zelżał.


A za oknem dziś tak impresjonistycznie. Drzewa, domki, niebo jeszcze przed chwilą zasnuwała gęsta mgła. Teraz białe mleko opadło, pozostawiając tylko taką matową powierzchnię. Kolory przytłumione, kontury obiektów niewyraźne. Takie malarskie skojarzenie. Życie jest takie cudowne. Tak chciałabym się nim móc cieszyć.