środa, 1 października 2014

Zjazd pod wodę

baletnica-woda-kobieta-taniec-17696-300x184

 

To jedno z najnieprzyjemniejszych odczuć. Chodzisz sobie po ziemi, myślisz sobie o tym, co zrobić dziś na obiad. Albo nie myślisz, co zrobić na obiad, bo wcale nie masz ochoty na zjedzenie czegokolwiek, ale coś jednak zajmuje twoje myśli, coś codziennego, zwykłego albo niezwyczajnego, jakieś marzenie na ten przykład... I nagle spływa na ciebie zimna fala: zaczyna się ogromnym niepokojem, armią mrówek na całym ciele, które biegną od karku wzdłuż pleców, aż po pięty i koniuszków palców u rąk. Potem myśli stają się jednym wielkim włochatym kołtunem, który zaczyna odbierać ci rzeczywiste i rozsądne myślenie. Wpadasz w panikę.


W filmie Trzy kolory. Niebieski Kieślowskiego jest taka scena w basenie. Juliette Binoche jako Julie Vignon-de Courcy próbuje odreagować po tragedii. W tym celu codziennie chodzi na basen i katorżniczo próbuje zapływać swoją rozpacz. W momencie, kiedy wyłania się spod wody i trzyma się rękami brzegu basenu wydaje się nam, że choć częściowo uwolniła się od dręczących ją i przygniatających myśli. Zdaje się lżejsza, pogodniejsza, a tu nagle jak grom z jasnego nieba spada na nią kilkutonowy ciężar. W filmie jest to mocny akord muzyczny, który wpycha Julie bezwiednie pod wodę. Długo nie wypływa, widzimy jak nie ma sił, aby wydostać się na powierzchnie, do życiodajnego tlenu.


Kiedy ja doznaję takiego stanu, słyszę w tle właśnie tę muzykę Praisnera. Ten mocny akord z Koncertu dla Europy. Jest to piękne, kiedy siedzi się w swoim fajnym, bezproblemowym życiu, na wygodnym fotelu i ogląda... Kiedy doświadcza się tego samego, to już takie piękne nie jest. Mogę to porównać do ataku padaczki, ale ze świadomością tego, co się dzieje. Nie masz na to wpływu, czujesz, że nadchodzi albo dopada cię znienacka, następuje paraliż ciała i myśli i zaczynasz mieć w głowie chaos, tragiczne sceny z twojego przyszłego życia, najgorsze scenariusze, różne, ale podobne, bo wszystkie kończą się katastrofą lub śmiercią w poczuciu spieprzenia życia własnego i tych, których kochasz. Trwa to pewnie kilka minut, ale tobie wydaje się, że wieczność.


Kiedy atak mija, powoli odzyskuję świadomość. Zaczynam sama sobie tłumaczyć, jak dobra mama małemu dziecku, że nic  się nie stało, że póki co nie dzieje się nic złego i na horyzoncie nie widać aby się miało dziać. Kroczek po kroczku uspokajam się aż do poczucia, że oto ten tonowy kamień wreszcie ze mnie zlazł. Miękko opadam. Czuję się zmęczona. Tak zmęczona, jak po maratonie, chociaż nigdy w nim nie brałam udziału. Mięśnie ciała, o których normalny człowiek nawet nie pamięta lub nie wie, że je ma, mnie bolą. Były napięte do granic możliwości podczas ataku. Teraz rozluźniły się, ale bolą.


Jeszcze jakiś miesiąc temu to odczucie napięcia mięśni trwało non stop, 24 godziny na dobę. Dzień po dniu, minuta po minucie czułam się jakbym wchodziła drzwiami do sali gimnastycznej, gdzie za chwile zacznie się matura. To było bardzo silne i nieprzyjemne uczucie ten strach maturalny. A teraz przeżywałam go non stop. Trzy miesiące bez chwili wytchnienia, nawet podczas snu. Dopiero kiedy poznałam moje obecne znajome, prochy, to to napięcie puściło, ten strach zelżał.


A za oknem dziś tak impresjonistycznie. Drzewa, domki, niebo jeszcze przed chwilą zasnuwała gęsta mgła. Teraz białe mleko opadło, pozostawiając tylko taką matową powierzchnię. Kolory przytłumione, kontury obiektów niewyraźne. Takie malarskie skojarzenie. Życie jest takie cudowne. Tak chciałabym się nim móc cieszyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz