Dziś uświadomiłam sobie, że będąc w tym chorym związku, musiałam stworzyć mechanizm, który powalałby mi jakoś żyć z tym człowiekiem. I ten mechanizm jest podobny do tego, jaki przyjmują molestowane dzieci.
Aby móc kochać swoich rodziców, muszą wypierać zło i krzywdę, więc wyrzucają te złe czyny z pamięci, aż w końcu nie pamiętają ich w ogóle. Potem dopiero, kiedy mają wielkie problemy w życiu, odkrywają tajemnicę dzieciństwa. Taką właściwość radzenia sobie z tym, co jest nie do udźwignięcia, ma nasz mózg.
I tak to wizę, że to samo działo się ze mną w tym związku. Po latach samooszukiwania siebie, że jest dobrze, kiedy dobrze nie było, aby móc jakoś żyć, teraz, kiedy jestem daleko, kiedy jest zero kontaktu, nagle kurtyna spadła. Król jest nagi! Wtedy musiałam stworzyć sobie obraz "normalności", żeby z nim móc żyć, bo nie byłam gotowa uciec. Teraz nic nie muszę udawać, za to muszę odchorować, odzłościć, przeżuć te wszystkie ukrywane, wypierane przed samą sobą jego skur....stwa, wszystkie moje stłumione uczucia.
To odkrywanie chorych schematów, wynaturzonych zasad itd. jest procesem, który zaskakuje mnie samą. Wczoraj przeczytałam o psychopacie, który powoli, centymetr po centymetrze, zanękał żonę źle postawionym samochodem, bo każdego dnia wracając z pracy mierzył linijką, jak zaparkowała względem linii krawężnika. I jak to czytałam, zobaczyłam, że u mnie też była "patologia samochodowa". I ja ją odkryłam dopiero wczoraj (!), a dziś ją "odzłaszczam". I mam nadzieję, że ten proces odkrywania i odzłaszczania wszystkich krzywd się skończy i pomoże mi rozstać się z onym definitywnie.