Zauważyłam, że często neurotyków lub osoby o zaburzonej osobowości, które widzą tylko czerń albo tylko biel, nazywa się idealistami. A to po prostu są ludzie chorzy, których należy leczyć, banalizować albo najlepiej izolować (czytaj: trzymać się od niech jak najdalej). Natomiast jeśli macy sami do nich należymy, to powinniśmy mieć na względzie kilka spraw, jeśli chcemy na tym łez padole przeżyć, mieś jako takie relacje z otoczeniem, ze sobą samym lub nie popaść takie konflikty wewnętrzne, które poskutkują stanem nerwicowym, napadami paniki, a potem stanami depresyjnymi: 1. Życie nie jest tylko dobre lub tylko złe. Bywa często niejakie. 2. Ludzie nie są tylko albo dobrzy, albo źli, ale często są po prostu nijacy lub beznadziejni. 3. Sprawy nie są tylko pozytywne lub tylko negatywne, bo każda z nich ma swoje niuanse, a ocena ich zależy od naszej interpretacji. (Pamiętaj, że tylko 10% to fakty, 90% to twoja ich interpretacja). 4. Często są rzeczy, których nie da się rozwiązać w te lub w tamtą stronę dziś tu i teraz. I należy je odłożyć i rozwiązywać wtedy, kiedy wiemy jak, kiedy zmienią się okoliczności lub nadarzy się ktoś z pomysłem lub z czymś co pomoże w decyzji. 5. Decyzji nie trzeba podejmować natychmiast w prawo lub w lewo (istnieje taka magiczna formuła: „Dam znać, jak się zastanowię” lub „Potrzebuję czasu do namysłu”. 6. Ludzie nie muszą sobie tylko słodzić lub się tylko kłócić, mogą po prostu rozmawiać. 7. Nie wszystko musisz robić na bogato, albo wcale, bo możesz zrobić tyle, na ile w danym momencie masz przyzwolenie. I pamiętaj: Świat będzie trwał bez ciebie, ale ty bez świata nie, dlatego zaakceptuj go po prostu takiego, jaki jest, bo ani wczoraj ani dziś inny nie będzie. A jutro zależy tylko od ciebie.
Od osób, które wiedzą, że mam nerwicę, słyszę czasem pytanie: Ale ty mi powiedz, jak to jest? Co ci jest? Jak to się dzieje?Nerwica to nie jest stan, że ktoś się ciągle denerwuje lub że denerwuje się i go paraliżuje np. przed maturą, rozmową z szefem o podwyżce czy podczas stłuczki samochodowej. Kiedyś ja też tak tak rozumiałam nerwicę. Że ktoś musi się denerwować więcej niż ja. Teraz już wiem, co to jest nerwica. To jest wtedy, kiedy twoje myśli, twój mózg jakby narzuca ci, co masz myśleć, a są to same czarne myśli, że jesteś ogólnie do d. i że wszystko, co zrobisz, jest g. warte. I jeszcze ten mózg za twoimi plecami podszeptuje ciału, żeby robiło jakieś dziwne rzeczy: a to zdrętwienie nóg, a to nogi z waty, pot zimny na karku, bóle itp. Jeden wielki koszmar. Bierzesz tabletki, niby lęk mniejszy, ale znów czujesz, że nie jesteś sobą. Czujesz siebie, jakbyś dotykał przez gumową rękawiczkę. Najpierw próbujesz walczyć ze sobą o siebie, potem się powoli poddajesz i popadasz w stany depresyjne, potem wiesz, że szybko z tego nie wyjdziesz, więc przestaje ci się chcieć żyć. Zaczynasz brać inne tabletki. Potem jeszcze inne... I masz wrażenie, że twoje życie skończyło się w momencie pierwszego ataku. Masz ochotę wyjść z siebie z nowym mózgiem i uciec od starego, zainfekowanego nerwicą, jak najdalej, tam gdzie pieprz rośnie. Ale tego nie możesz. Jesteś jak uwięziony w pułapce własnych-niewłasnych urojonych myśli. No i tu można by jeszcze spytać: Skoro te myśli są urojone i o tym wiesz, to jak możesz się bać? Ano możesz, bo podejrzewasz, że te myśli są urojone, ale do końca nie jesteś pewien. A fazie aktywnej nerwicy, nawet wierzysz w nie i jeszcze dalej kręcisz sobie ten koszmarny film. Każdego dnia nowa dokrętka i tak możesz ukręcić kilka sezonów. Tego jeszcze nie wiem, ale jak czytam artykuły i czy wpisy w necie, to ludzie po kilkadziesiąt lat chorują, czyli że do śmierci. A to jest motyw, który naprawdę zniechęca do walki.
Bywają takie dni. Kiedy nic do ciebie nie dociera, kiedy nawet to, czego się najbardziej boisz, nie jest w stanie wywiercić ci kolejnej dziury w duszy.Są takie dni. Zastanawiam się, czy daje mi wtedy spokój mój umysł, diabeł, Pan Bóg czy po prostu jedna z kolorowych tabletek. Tabletki się zmieniają. Boje się tego, że nigdy mnie nie opuszczą. Generalnie w nerwicy, panicznej, histerycznej czy jak ją tam dookreślić jest taki rubikon, którego przekroczenie powoduje efekt równi pochyłej. Jak do tej pory sięgałeś szczytów ekwilibrystyki panicznej twojego umysłu, tak teraz zaczynasz jechać w dół. Trochę to tak, jak dzieci, które się huśtają na koniku. Raz góra, raz dół. Tylko że tu w górę wchodzisz jakieś pół roku, a dalej jedziesz w dół. Nie ma już wtedy takich bardzo silnych epizodów panicznych, za to pojawia się ciągły smutek, bezsensowność zrobienia czegokolwiek, brak jutra. Jest tylko dziś i dziś trzeba jak najwięcej odpocząć od życia.Myślałam, że to lepiej, bo nic tak mnie nie wykańczało jak pojawiające się nie wiadomo kiedy i nie wiadomo skąd ataki paniki. Ale teraz wiem, że to co jest to jest jak powolne umieranie. Ataki paniki można przyrównać do skoków linii życia na monitorze kardiologicznym, a stan, który jest teraz... No cóż, to taki moment kiedy linia zaczyna być coraz bardziej prosta. I zaczynasz się bać, co będzie jak taka prosta pozostanie.Zaczynam już powoli nienawidzić ludzi, którzy chcą mi pomóc. Lekarzy, którzy wciąż mi trują, że to, co myślę, to tylko w mojej głowie, że nie można tak reagować jak reaguję, bo to chore...No ale co ja do cholery mam zrobić, kiedy właśnie takie są moje myśli. Nie potrafię wyjść z siebie, stanąć obok i zacząć myśleć inaczej. Najgorsze, że mój M. stał mi się obcy. Już nie głaszcze, nie pociesza, nie jest miły. Jest raczej niemiły.Mam wrażenie, że moja przypadłość jest jak choroba zakaźna, bo M. ciągle powtarza, że mu się udziela ten nihilizm, ten pesymizm i jest na mnie zły, że zrobiłam z naszego życia koszmar a z domu grobowiec. Trochę go rozumiem, ale tylko trochę. Przecież ja codziennie na siłę robię to wszystko, co pamięta, że robiłam dawniej. No może nie wszystko, ale wiele. A mogłabym położyć się i nie wstać i nie robić nic. Tego nie rozumie niestety mój M. Jest dla mnie coraz bardziej niemiły, jakby mnie tak potrząsał jak wyrodna matka dziecko, które ryczy i nie chce się uspokoić.Tylko z takiego potrząsania dziecko najczęściej kończy swój żywot, bo nie przestaje płakać i ląduje na ścianie. Nie chcę, żeby mój M. zakończył mój żywot na ścianie. Bardzo chciałabym znaleźć sobie jakieś pozytywne życie. Ale tego nie sprzedają na Allegro. Moje życie pozostał poza mną. Już go nie ma. A innego nie mam, nie wiem, skąd się je bierze. Podejrzewam, że to jak z zębami stałymi. Masz je raz na całe życie. Jak ci wypadną, twój problem.A gdzie się zamawia protezę życia?