Było dobrze. Rok bez prochów, bez lęku. Niestety wróciło. Nie w takiej formie jak kiedyś, ale w wystarczającej, żeby utrudnić mi życie i udowodnić, że to nie odchodzi na zawsze. Objawy: lęk, spięcia lękowe, niechęć do zadań, brak radości. Najgorzej jest w niedziele wieczorem i rano w tygodniu. Strach przed pójściem do ludzi, do zadań.
Tak, wiem nie bez przyczyny jest moja praca. Normalnego, zdrowego człowieka ten rollercoaster, który zafundowano mi prawie rok temu, zabiłby lub na pewno wykończył psychikę. Do tego perypetie w związku i tęsknota za rodziną, której już nie mam i już mieć nigdy nie będę. Potrzask.
Wróciłam do antydepresantów, które brałam ostatnio. Nie mam siły spotkać się z ludźmi. Nie mam na nic siły. Boję się znów żyć. Czeka mnie chyba wizyta u lekarza. Tabletki mają końcówkę terminu ważności. Nie mam siły żyć. Wszystko jest do d.