czwartek, 29 października 2015

Znaleźć sobie coś

Ostatnio otrzymałam poradę, abym w tych moich depresyjnych nawrotach spróbowała odciążyć swoją uwagę od koncentrowania się na samej sobie czymś innym. Żebym znalazła sobie coś. To coś to jakieś hobby, zajęcie, cokolwiek, w co się zaangażuję. Łatwo powiedzieć, gorzej wykonać.


Jak się zaangażować w coś, kiedy ma się depresję i lęki i ogólnie nie chce się w ogóle żyć. No kompletnie nic nie przychodzi mi do głowy. Wiem, że powinnam wykazać jakąś aktywność np. sportową. I dla psychiki byłoby to dobre, bo podnosi się poziom endorfin, i dla fizyki, bo ciężar własny gatunkowy mój powiększył się po wakacjach okrutnie. Cóż, kiedy buty do biegania upolowane w Lidlu na wiosnę stoją jak stały: nówki nieśmigane. Cóż, kiedy rower stoi... w pełnej krasie w kurzu garażowym, przez cały sezon nietknięty. Cóż, kiedy steper podzielił los roweru. A skakanki crossfitowe zakupione w tegoroczne wakacje wiszą smętnie na wieszaku i są jak nietknięty wyrzut sumienia.


Nie mogę się do niczego przemóc. Jedyna moja aktywność to obejrzenie czasem tv i zjedzenie kolejnej porcji ciastek oraz przymusowe odgruzowywanie bałaganu domowego.


Jednak postanowiłam wziąć się za siebie. Zaczęłam od aktywności prostej i pożytecznej nie tylko dla mnie. Codzienne długie spacery z psem. Tak się składa, że mój pies przytył w wakacje równie okrutnie co ja, a może nawet bardziej, bo nie jest tak duży jak ja. Ma teraz ksywę Rollo, bo wygląda jakby go ktoś przerolował, nie ma talii, wcięć tu i ówdzie, jest za to jeden wielki antał, z którego wystają cztery nóżki, główka i ogonek. A więc to spacerowanie ma być z pożytkiem i dla mnie, i dla psa.


Na inną aktywność póki co mnie nie stać. Na forum nerwicowym przeczytałam wpis jakiegoś nerwicowca, że go z lęków uratował sport, w który się tak włożył, że dziś bez niego nie potrafi już żyć, a lęki przeszły jak ręką odjął. Tylko jak to zrobić, żeby się przełamać i zacząć ćwiczyć, kiedy nasza choroba polega m.in. na tym, że czasem, żeby tylko wstać potrzebujemy jakichś prochów, a co dopiero, żeby się poruszać więcej. Tak więc ja temu komuś w myślach zazdrościłam i gratulowałam, a ktoś inny w ostrych słowach zganił go, żeby nie pitolił głodnemu o chlebie.


Mam tez nadzieję, że z tych spacerów nie zrezygnuję i że przyczynią się one i do lepszego samopoczucia, i do włączenia jakiejś kolejnej aktywności. Czego życzę i sobie, i psu :)

piątek, 9 października 2015

Blogowy lifestyle

Poczytałam ostatnio trochę blogów. Zaczęło się od blogów minimalistycznych, przeszło na lifestylowe, a teraz zawiesiłam się na blogach modowo-życiowych. Jestem zdołowana. Czuję się jakbym oglądała jakieś telenowele z Hollywood. Dziewczyny od rana do nocy zrobione, jedzą jakieś piękne potrawy, które przygotowują się dwojący się i trojący supermężowe czy superpartnerzy. Mają wypaśne mieszkania, domy z basenami, żadna z nich nie pracuje (jestem z pokolenia, które blogowanie nie nazywa pracą), popijają poranną kawę, robiąc fotkę do Instagrama, ubrane w jakieś ekskluzywne piżamy, a potem cały dzień, tydzień, miesiąc to same ubiory od Korsa, Renty, Laboutina itd. W linkach podają sklepy, które oferują te cuda mody (rozumiem, że nie bez przyczyny, ale czy one naprawdę wszystkie to rzeczy dostają za darmo?). Wypięknione kosmetykami od Lancome. Najczęściej nie mają dzieci, a jak mają to to dzieci jakoś im nie przeszkadzają w śniadaniu do łóżka, porannym joggingu, wieczornych restauracjach we dwoje, w kupowaniu drogich ciuchów i egzotycznych wakacjach (to też w ramach reklamy za darmo?). I kiwają głowami ze współczuciem dla rodzin, które mają co miesiąc w budżecie tylko 4 tys. złotych.


Chyba zaczynam rozumieć, dlaczego przeszłam załamanie nerwowe. Dlaczego nadal tkwię w stanie depresji i nie jestem w stanie się odbić od dna. Nie mam nic z tego, o czym piszą te dziewczyny. Nie mam nic z tego, czym one żyją. I nie należę też do grupy tych, które nic nie mają, ale pieją z zachwytu, oglądając takie życie u kogoś na blogu. Żenujące są dla mnie dziesiątki pytań pod każdym wpisem: A ten lakier, który masz na paznokciach, to co to za lakier? A co to za piżama? A jaki wałek wkręciłaś dziś w tego cudnego loka, który masz na d...?


Przepraszam, może to zazdrość, zawiść, złość... Dziś jestem zła na swoje życie, że mi zafundowało takiego wielkiego pecha i dostałam od niego takie wielkie gówno, choć sam Bóg jeden wie, ile energii, zapału, miłości, modlitwy itd. wsadziłam w to, żeby moje życie było szczęśliwe.