Ostatnio otrzymałam poradę, abym w tych moich depresyjnych nawrotach spróbowała odciążyć swoją uwagę od koncentrowania się na samej sobie czymś innym. Żebym znalazła sobie coś. To coś to jakieś hobby, zajęcie, cokolwiek, w co się zaangażuję. Łatwo powiedzieć, gorzej wykonać.
Jak się zaangażować w coś, kiedy ma się depresję i lęki i ogólnie nie chce się w ogóle żyć. No kompletnie nic nie przychodzi mi do głowy. Wiem, że powinnam wykazać jakąś aktywność np. sportową. I dla psychiki byłoby to dobre, bo podnosi się poziom endorfin, i dla fizyki, bo ciężar własny gatunkowy mój powiększył się po wakacjach okrutnie. Cóż, kiedy buty do biegania upolowane w Lidlu na wiosnę stoją jak stały: nówki nieśmigane. Cóż, kiedy rower stoi... w pełnej krasie w kurzu garażowym, przez cały sezon nietknięty. Cóż, kiedy steper podzielił los roweru. A skakanki crossfitowe zakupione w tegoroczne wakacje wiszą smętnie na wieszaku i są jak nietknięty wyrzut sumienia.
Nie mogę się do niczego przemóc. Jedyna moja aktywność to obejrzenie czasem tv i zjedzenie kolejnej porcji ciastek oraz przymusowe odgruzowywanie bałaganu domowego.
Jednak postanowiłam wziąć się za siebie. Zaczęłam od aktywności prostej i pożytecznej nie tylko dla mnie. Codzienne długie spacery z psem. Tak się składa, że mój pies przytył w wakacje równie okrutnie co ja, a może nawet bardziej, bo nie jest tak duży jak ja. Ma teraz ksywę Rollo, bo wygląda jakby go ktoś przerolował, nie ma talii, wcięć tu i ówdzie, jest za to jeden wielki antał, z którego wystają cztery nóżki, główka i ogonek. A więc to spacerowanie ma być z pożytkiem i dla mnie, i dla psa.
Na inną aktywność póki co mnie nie stać. Na forum nerwicowym przeczytałam wpis jakiegoś nerwicowca, że go z lęków uratował sport, w który się tak włożył, że dziś bez niego nie potrafi już żyć, a lęki przeszły jak ręką odjął. Tylko jak to zrobić, żeby się przełamać i zacząć ćwiczyć, kiedy nasza choroba polega m.in. na tym, że czasem, żeby tylko wstać potrzebujemy jakichś prochów, a co dopiero, żeby się poruszać więcej. Tak więc ja temu komuś w myślach zazdrościłam i gratulowałam, a ktoś inny w ostrych słowach zganił go, żeby nie pitolił głodnemu o chlebie.
Mam tez nadzieję, że z tych spacerów nie zrezygnuję i że przyczynią się one i do lepszego samopoczucia, i do włączenia jakiejś kolejnej aktywności. Czego życzę i sobie, i psu :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz