Próbuję przełożyć minimalizm na moje życie. Zaczęło się od ubrań, przez wyposażenie domu, kosmetyki, jedzenie...
I wciąż odrywam Amerykę, odkrywając nowe obszary w moim życiu, gdzie minimalizm jest jak najbardziej pożądany. Tym razem dość boleśnie zdarzam się z minimalizmem dotyczącym mówienia o sobie, o innych, w ogóle dzielenia się swoją wiedzą, umiejętnościami oraz wyjątkami z życia domowego, rodzinnego, relacyjnego.
Dlaczego? Bo widzę, że ludzie nie mówią, czasem kłamią, czasem specjalnie coś przemilczają, a nieraz celowo wprowadzają w błąd, próbując nas uśpić wtedy, kiedy oni ostro działają. Tego ostatniego nienawidzę już od czasów szkolnych. Może też mieliście takie osoby w klasie, które wszem i wobec głosiły, jak to one nie będą się uczyć do sprawdzianu, nie uczyły się itd. No to było jak przyzwolenie i dla nas, że my też się uczyć nie będziemy. Ba! To było nawet rozgrzeszenie z tego, że się nie nauczymy i usprawiedliwienie, że spędzamy czas na przyjemnościach lub zbijaniu bąków, zamiast na nauce. No ale skoro X czy Y się nie uczą, a parzcież są znaczącymi uczniami, to i my się nie będziemy uczyć. I przychodziła klasówka, i okazywało się, że ci "nieuczący się" koledzy dostawali 5 (niby z nieuczenia się?), a my ledwo co tróje na szynach. Tyle z doświadczenia szkolnego. Myślałam, że ta szkolna nauczka o niesłuchaniu demotywujących do działania pozostała na poziomie szkolnictwa. A teraz jest dorosłe życie i dorosłe sprawy tudzież dorośli ludzie, którzy nie mają po co takich uprawiać działań.
A g... prawda! Kiedy ty do innych z sercem na dłoni, z pomocą, wiedzą, szczerością itp., oni chętnie to przyjmują, poklepując cię po ramieniu, ale za plecami robiąc swoje, już tylko i wyłącznie na własny rachunek lub (co jeszcze gorsze) wykorzystają to, co mówisz tylko do swoich potrzeb. Tak niestety jest i w pracy, i w "koleżeństwie". Przeżyłam takie dwa przykłady z życia w ostatnim czasie. Jeden dotyczy życia prywatnego.
Nie ukrywam, że nie mam wielu środków materialnych, więc nie stać mnie na wyremontowanie swojego lokum od razu od A do Z, na meble do kuchni, na zmywarkę... Ostatnio zakupiliśmy nową lodówkę, co było nie lada radością naszą, którą podzieliłam się z koleżankami, które (jak sądziłam) mnie rozumieją, przytakują, doradzają, podkreślając, że wiedzą, jak to jest, kiedy nie ma kasy, bo same to przeżywają. I co się okazuje? Jedna biedna sierotka, która pożyczki brała przed pensją na chleb dla dzieci... Wyremontowała kupiony w tym samym czasie co my dom na tip-top! I to rzeczami z najwyższej półki. Podzieliłam się kiedyś tym spostrzeżeniem o biedzie koleżanki A i jej wyremontowanym domu z koleżanką B, która była na etapie przeprowadzania się do domu. Druga biedna jak ja sierotka... Nic nie mówiąc nikomu dokonała wyrwania wszystkiego do gołych ścian i urządzenia całego mieszkania od zera w najlepszej jakości rzeczach (!). Jak ja wyglądam przy nich z moim opowiadaniem, jak to mój M. ścianę gipsował, czy że jakoś daje radę bez mebli w kuchni, no i ta moja eksplozja radości przy zakupie lodówki... Nie wiem, jak wyglądam, ale czuję się jak idiotka. Jak skończona idiotka.
Przykład drugi. W pracy wszyscy bardzo marudzą, że ciężko, że powoli się coś posuwa, że nie tak... A tu ni stąd, ni zowąd okazuje się, że kiedy ty przykładasz się do jednej rzeczy, koleżanka robi już czwartą z kolei. A ty beznadziejna idiotko spędziłaś tyle czasu, żeby jej pomóc coś zrobić, bo taka biedna...
Te dwie powyższe nauki dały mi niezłego kopa w d... abym przestała informować, dzielić się wiedzą oraz swoją inteligencją oraz zaprzyjaźniać się i opowiadać koleżankom o swoim życiu osobistym.
Widać bycie szczerym nie rodzi w ludziach tej samej postawy. Każdy, dokładnie tak samo jak to było w szkole, próbuje cię uśpić, żebyś przypadkiem go nie wyprzedził i żeby nie wyszło, że ma coś więcej niż mówi, że nie ma nic. Jako że mnie taka praktyka jest obca tudzież cieszę się z czyichś zwycięstw jak z własnych, totek zaprzestaję w ogóle takiego bratania się czy to w pracy, czy w życiu prywatnym. Mniej rozczarowań, mniej smutku.
I tak oto minimalizm słowny został nijako wymuszony przez okoliczności życiowe.
A jeszcze dodam, że kiedy ja się przeprowadziłam, to zaprosiłam od razu koleżanki swoje, aby pokazać im swoje nowe lokum. One zaś w ogóle się ku temu nie kwapią. U jednej byłam przez przypadek na chwilę, bo ją podwoziłam do domu, stąd wiem, jak ma "na bogato". Pałacu drugiej nie widziałam jeszcze. Jak pomyślę, co one musiały sobie dumać, kiedy były w moim starym domu... I te ich teksty: "No przecież nikt nie ma od razu na zrobienie wszystkiego. Powoli sobie zrobicie. Te stare... jeszcze nie są takie złe, powoli sobie wymienicie". A same wyrywały płytki ze ścian i kupowały wszystko z najwyższej półki... Dla mnie to obrzydliwa hipokryzja. O naiwności moja! O głupoto!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz