To trudne dla kogoś, kto został wychowany w klimacie „wszystko musi być po coś”, czyli nie ma zdarzeń przypadkowych, nie można dopuścić do tego, aby cokolwiek stracić, nawet za cenę zdobycia czegoś nowego. Żadnych strat. Lepiej siedzieć na dupie niż się gdzieś ruszyć i stracić krzesło, na którym się siedzi. Jest w tym jakaś filozofia. Tylko że mnie ta filozofia doprowadziła do dna rozpaczy.
Gdybym umiała odpuścić wszystko, dosłownie wszystko i zostawić w pierony wszystko i wszystkich, którzy mnie w życiu utruli, utruwają i utruwać będą (bo inaczej nie potrafią, bo tak ich wyposażyli na drogę życia Pan Bóg, geny lub/i matka z ojcem), to bym była dziś szczęśliwym człowiekiem wolnym od wszystkiego. Nie cierpiałabym i nie robiłabym tego, czego nie chce, a czego nawet nienawidzę. Bo w tym całym towarzystwie jestem jedyną osobą neurotyczną, która chce nieba przychylić każdemu nawet kosztem własnego życia.
Niestety. Zostałam wychowana w poczuciu, że jak nie zapewnisz wszystkim wszystkiego, to nie możesz spocząć. Więc nie spoczywam, dopóki nie wysmaruję masłem wszystkich, którzy nadstawiają tylko tyłki, żeby ich smarować. Czyli po prostu mówiąc wprost: wypinają na mnie swoje d... kiedy im to wygodne. A kiedy czegoś potrzebują, to wiedzą, gdzie uderzyć, żeby matka Polka sufrażystka zaspokoiła każde żądanie (bo to już nie są prośby, to żądania).
Jak w tym wszystkim założyć, że wszystko jest po coś? Jak założyć, że trucie mojej matki jest po coś? Że jej jadowite słowa, kiedy ja już sama wiem, że wdepnęłam w gówno, są po coś? Że brak u moich rodziców jakichkolwiek przyjaciół i osób z dalszej rodziny i wieczne lamenty i obarczanie mnie poczuciem winy, że ja ich nie odwiedzam tak często, jest po coś? Że moja córka wiecznie jest niezadowolona ze wszystkiego jest po coś? Że to, że swoje niezadowolenie wciąż wyładowuje na mnie, jest po coś? Że mój facet, który miał być ostoją, obrońcą i kochaną drugą połową, a jest czasem podłym gadem, wrogiem nr 1, mendą, która potrafi zranić bez mrugnięcia okiem, jest po coś? Że moje życie jak i jak kamień u szyi, który powoli ciągnie mnie na dno, jest po coś? Nienawidzę tej matni, w którą wpadłam i nie mogę się z niej wykaraskać. Bo jak się wykaraskać z bycia córką, matką i niby-żoną? Można, ale cena w moim przypadku jest za wysoka.
Nikt, dokładnie nikt z moich bliskich nie bierze pod uwagę mojego stanu psychicznego, moich lęków, moich panicznych napadów i sił, których mam coraz mnie, a coraz więcej zwalają mi na głowę. Mają to kompletnie gdzieś. Każdy z nich nie widzi dalej niż koniec własnego nosa. I każdy patrzy, jakby tu obarczyć mnie kolejną rzeczą, która ich odciąży czy to fizycznie czy psychicznie.
Życie z takimi pijawkami emocjonalnymi jest straszne. Kocham ich bardzo, bo to moi najbliżsi, ale mam do nich ogromny żal. Że mnie tak traktują, że mnie tak bardzo ranią.