
Zauważyłam, że ataki paniki czasem przedłużają się i stanowią kilkudniową mękę odczuć granicznych. Wtedy rzeczywistość ta realna, to tu i teraz, którym żyją wszyscy obok ciebie, tylko nie ty jest jak za grubą szybą lub ścianą z pleksi. Niby dotykasz rzeczy realnych, ale tak jakby tylko dłonie przenikały przez tę warstwę, a reszta ciała razem z umysłem są po twojej, chorej stronie ciszy i lęku.
Między świętami i Nowym Rokiem spotkałam się z koleżanką. Dawno nie wychodziłam z domu, tym bardziej do kawiarni, więc już to wydarzenie samo w sobie niosło nutę lęku. A że byłam w stanie, jaki opisałam powyżej, czyli kilkudniowego lęku panicznego (te niby-kilka dni to tak naprawdę 3 tygodnie okołoświąteczne) to dodatkowy lęk objawiała się jakby zwiększoną reakcją somatyczną. I podczas spotkania zauważyłam, że niedosłyszę. Jakby rzeczywiście między mną a światem była gruba pleksja. Patrzyłam na usta koleżanki, bo gdyby nie to, to pewnie nie wiedziałabym, co do mnie mówi. Ponieważ przeczytałam dużo literatury na ten temat i wiem, że objawy somatyczne choć bywają przedziwne, są tylko objawami somatycznymi i nie są faktyczną chorobą, to wiedziałam, że nie ogłuchłam, że nie mam guza mózgu itp., tylko mój organizm tak sobie "poradził", czyli totalnie nie poradził sobie ze stresem.
Stwierdzam wszem i wobec, że dla ludzi z nerwicą czy depresją nie ma gorszych dni niż święta (dwa razy do roku), Sylwester (raz) oraz urlop (oby tylko raz). Za dużo czasu, za dużo rzeczy stresogennych i awanturogennych i lękogennych.
A że spotkanie z koleżanką odbyło to tuż po świętach, które od dzieciństwa były stresogenne dla mnie, a teraz to już w ogóle były porażką, to wszystkie dodatkowe objawy musiały być wpisane w ten stan.
Podstawowym błędem, o jaki obwiniają zdrowi chorych na nerwicę i depresję jest zbytnie skupianie się na swojej chorobie, analizowanie stanu zdrowia, samopoczucia itp. To może denerwować. Ale opowiem Wam pewną rzecz, abyście wiedzieli, że z tym to nie jest tak prosto i że nie jest to nasz wymysł, chorych na nerwicę, tylko okoliczności, w których przyszło nam żyć.
Otóż od pół roku mieszkamy z M. w naszym domu. Kiedy nadeszła zimna jesień z lękiem (ja podwójnym? nie, po...setnym) włączyliśmy ogrzewanie. I okazało się, że stare okna w domu dały d... Jest zimno. Efekt jest taki, że mój M., który naśmiewał się z mojego ojca, że lato, jesień, we dnie, w nocy biega od termometru do termometru, sprawdzając temperaturę (taka potrzeba starego człowieka, który nie ma co robić), teraz czyni to samo, czym doprowadza mnie do złamania głębszego, bo uświadamia mi, że teraz to już tkwimy jakby w trumnie, bo przejął nawyki ojca, który całe aktywne życie ma już za sobą. A my mamy około 40 lat! A nie ma czasu na rozmowę o filmie, na wyjście do miasta, do sklepu, cholera wie, gdzie, bo trzeba pilnować pieca, co by nie zjadł za dużo gazu, trzeba sprawdzać termometry i zapisywać temperaturę. Nie zliczę, ile kilometrów zmarnowanych padło góra-dół w celu badawczym relacji temperaturowej między naszą sypialnią a pokojem na dole. Dla mojego M. wręcz obsesją stało się, aby wydusić z tego pieca jak najekonomiczniejsze grzanie, by gazu zużyć jak najmniej, a żeby w domu było jak najcieplej. Efekt obecny jest taki, że w domu zimnawo, a zużycie gazu niemałe, ale też nie wielkie. A M. nadal biega między pomiernikiem i termometrami, choć już mniej entuzjastycznie, raczej bardziej z obowiązku lub przymusu, bo nadal nie jest zadowolony ze stanu faktycznego.
To teraz przełóżcie sobie ową opowieść o ogrzewaniu na nerwicę lękowej lub depresję. Nie będę opisywać szczegółowo porównywania, dodam tylko, że jak nie ma problemów z ciepłem w domu i opłatami za ogrzewanie, to się nikt niczym nie przejmuje. Jak ci nie jest zimno, to nie patrzysz, ile jest w pokoju stopni. Jeśli nie masz objawów nerwicowych, serce ci nie wyskakuje z orbity, nogi i ręce nie robią się z waty, a na żołądek ktoś jakby omyłkowo nie zakłada obrączki, to nie myślisz, jak się czujesz i nie zapisujesz tego w notatniku pamięci. Ale jak ci zaczyna być dziwnie, masz fizyczne dziwne objawy, nie chce ci się żyć, panicznie bolisz się czegoś lub godzinami kręci się w twojej głowie film z najgorszymi rozwiązaniami i zakończeniem życia z tobą w roli głównej lub tymi, co ich kochasz... to zaczynasz analizować, sprawdzać, bać się tego stanu, nienawidzić go... Nie przywykniesz. Może na chwilę ze zmęczenia spróbujesz się poddać. Ale wtedy organizm przypomina ci, że nie wolno się przestać bać. Jakieś małe spięcie na karku i już urwany film wraca, masz na głowie komornika, własną matkę, która krzyczy, że zawsze byłaś gównem, kostuchę z kosą, która ci podcina nogi i spadasz do piekła, gdzie jest jeszcze bardziej męcząco niż tu na ziemi...
Dlatego jak słyszę: przestań się skupiać na swojej chorobie, to mnie szlag trafia, bo ja nienawidzę się skupiać na swojej chorobie. Ale próbuję znaleźć na siebie jak najlepszy sposób, żeby z tego stanu wyjść. A że za każdym razem, jak już mi nieco lepiej i wychylam łeb z tej ciasnej i zatęchłej beki na powierzchnię, to znajdzie się jakaś dusza, co mnie wielką drewnianą łychą walnie w łeb i znów ląduję na dnie. A nawet jak nie ma tej duszy, co pacnie, to sama sobie jakąś pałkę wymyślę...
Ostatnio przyjaciółka zapytała mnie, czego bym chciała w tej chwili najbardziej. Chciałabym mieszkać daleko stąd, gdzie nie jest zimno, w małym własnym domku, sama, wiedząc, że wszyscy, którzy się na mnie uwzięli i mają do mnie pretensję o całokształt życia lub jego szczegóły są daleko, daleko... Mieć za co żyć, pracować gdzieś w mało odpowiedzialnej pracy i wygrzewać się na słońcu przed domem. Tak sobie myślę, że taki urlop od życia na pewno rozgoniłby te wstrętne chmury nerwicy.
Ale... nie mogę. Nie stać mnie, aby uciec. A nawet jeśli ucieknę, to za chwilę horda, której stałabym się coś winna, zaczęła by mnie ścigać. A ja obowiązkowy człowiek jestem, nie zasnę, jak nie mam wszystkiego poukładanego w życiu albo w głowie i... z tego powodu mam nerwicę z napadami paniki, bo tak się stało, że nie wiem, czy kiedykolwiek będę mieć cokolwiek poukładane z życiu lub w głowie.
Na dziś widzę tylko czarne chmury nade mną, które zaraz spadną mi na łeb.