Modlitwa anonimowych alkoholików, anonimowych seksoholików, anonimowych udręczonych kobiet, ananimowych żon-męczenniczek, anonimowych bulimików, anorektyków, ćpaczy, psycholi i innych, którzy przechodzą trudności: od tych błahych, jak niemożność podjęcia decyzji, w co się dziś ubrać, po tych, którzy mają niemoc, by wstać z łóżka, od których odwrócił się cały świat.
Modlitwa nieznanego autora, choć każde bractwo Anonimowych próbuje znaleźć autorstwo na własną rękę.
Poz prostu któregoś dnia ktoś wymyślił niezwykle uniwersalny tekst i tak to poszło dalej.
O Boże, użycz mi pogody ducha,
abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić,
odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić,
i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.
I w zależności od naszej kondycji i problemów skupiamy się na którejś z tych trzech składowych tej modlitwy. Ja już przerobiłam niemożność zmiany, niemożność pogodzenia się, nieumiejętność rozróżniania, a teraz doświadczam ostatniego: brak pogody ducha.
Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym początkiem. Wiadomo było, że power zawsze jakiś mam, tylko brakuje pomysłów jak coś zrobić dobrze, kiedy coś zrobić dobrze lub była wewnętrzna niezgoda na zrobienie czegoś, co nam może tylko wyjść na dobrze, czyli tzw. trwanie w nałogu czy uzależnieniu.
A teraz moje życie nałogowe jest jałowe jak łza dziecka. Jak nigdy wcześniej widzę, co mogłabym zmienić i jak to zrobić, tylko brak pogody ducha, czyli tego powera, żeby zrobić cokolwiek. Pozostaje smutne pogodzić się z tym, czego zmienić nie możemy. Sama sobie uwiłam sznur, sama go powiesiłam na suficie, sama włożyłam łeb w pętlę i sama kopnęłam daleko stołek spod nóg. Problem polega na tym, że żyję. Na tym stryczku, ale żyję. Duszę się, dyndam bezwładnie i bez sensu, ale żyję.
Żyję? No właśnie... I jak tu zaakceptować takie życie? Realnie patrząc: wdepnęłam w gówno i przez najbliższych 30 lat z niego nie wyjdę (uwiązałam się kredytem współodpowiedzialnym) i załamałam się duchowo (nie chce mi się rano wstać do roboty i boję się jak nie wiem co, że któregoś dnia po prostu nie wstanę, za to zapuka komornik, czym wyrządzę krzywdę mojej córce, która i tak uważa mnie za debila, którego nie warto nawet dotknąć, i rodzicom, którzy dorobek ciężkiego życia mi dali, a ja go ot tak, jak idiotka, postanowiłam włożyć we wspólne, szczęśliwe życie). Jestem za stara i za bardzo depresyjna, żeby przeżyć te 30 lat, a co dopiero, żeby po tym czasie próbować się od czegoś uwolnić.
Moje nowe piękne życie okazało się jedynie wytworem mojej chorej wyobraźni. Nie mam już nic, nawet wolności osobistej nie mam, uwiązana u boku tyrana, i zastanawiam się nad tym, jak tu skończyć ze sobą, żeby jeszcze ten fakt nie sprowadził na moich najbliższych kolejnego nieszczęścia.
Coraz częściej zastanawiam się, czy to tylko nerwica lękowo-depresyjna. Sama zaczynam widzieć u siebie coraz więcej gorszych objawów.
I pomyśleć, że jeszcze 7, 8 miesięcy temu byłam w miarę normalnym człowiekiem z w miarę normalnymi problemami do rozwiązania i miałam stabilizację finansową oraz dach nad głową.
Dziś jestem wrakiem. Nie mam po co żyć, nie mam dla kogo żyć. Żałuję, że nie popełniłam samobójstwa jakieś 8 miesięcy temu. Zostawiłabym córce zabezpieczenie życiowe i mieszkanie, a rodzice nie wiedzieliby, że mogę zrobić coś głupszego niż samobójstwo.
Przepraszam.
Bardzo przepraszam najbliższych, córkę, rodziców i Boga za to, że z przyczyny choroby czy z własnej głupoty, z naiwności wiary w ludzi, z zamroczenia totalnego, nie wiem już dziś z powodu czego - zrobiłam coś tak rozpaczliwego i tak nieodwracalnego.
Ale z nawet najbardziej szczerego i rozpaczliwego "przepraszam" nic nie wynika. Nic się nie cofnie, a ja nie obudzę się z poczuciem: Uff to był tylko zły sen, jak to było tyle razy wcześniej. Dziś budzę się przerażona, zlana potem, zmęczona tym ciągłym napięciem i zmuszam się, żeby przewegetować ten dzień. I tak codziennie. Jak długo tam można pociągnąć? Nie mam żadnego rozeznania, ale nawet na mój głupi rozum wiem, że chyba niewiele.
Czy można zaakceptować to, czego zmienić już nie mogę? Jak to zaakceptować, skoro każdego dnia koszmar zaczyna się od nowa. Można zaakceptować życie w piekle z oprawcą mojej duszy pod jednym dachem?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz