wtorek, 19 maja 2015

Co cię nie zabije...

To podobno cię wzmocni. Ta maksyma przechodziła w moim życiu różne fazy. od obojętności, po przyznanie jej racji, potem była totalna negacja, złość i niewiara. A teraz jestem na etapie: Jeśli przeżyję to, co przeżywam, i nie popełnię samobójstwa i nie zejdę nagle, bo mnie szlag trafi, to chyba nic mnie już nie ruszy.


Przez moje życie przetacza się walec. Walec relacji rodzinnych, koleżeńskich, związkowych. I ten walec nie wyrównuje nierówności, ale kosi je bezlitośnie na miazgę. Poszła pod topór relacja z matką (z ojcem to była reakcja niezamierzona, no bo jak matka, tak ojciec), potem poszła relacja z córką. W sumie to już od dawna wisiało to w powietrzu. Właściwie od dnia, kiedy moja 5-letnia córka poszła do babki zapytać, czy mama ją dobrze ubrała. Wtedy zrozumiałam jedno: jak najszybciej uciekać z tego toksycznego domu i od toksycznej matko-babki. Ale potem okazało się, że to nic nie dało. 8-letnia dziewczyna była tak nasączona babką, że wisiała z nią na telefonie, jak tylko ja nie widziałam i uprawiały tam tę swoją czarną magię. A właściwie uprawia ją moja matka na mojej córce. Efekt jest taki, że dziś moja 21-lenia córka ma mnie totalnie w dupie i uważa mnie za gówno.


Jaki jest mój największy problem? Że ja nadal przychyliłabym i jednej i drugiej gwiazdkę z nieba. Że przeszłam załamanie nerwowe, a żadne z nich mnie nie wsparła ani jednym dobrym słowem. Że jestem od roku na prochach, bo tylko tak mogę jakoś funkcjonować. Że nie umiem powiedzieć im, że mam je gdzieś, tak jak one zrobiły wobec mnie. Że nie potrafię zabrać się z M. i wyjechać gdzieś na święta, tylko staram się, sprzątam, gotuję, urządzam, a wszystko po to, żeby jedna czy druga mi święta spierd....


Trudno jest żyć, jakby się nie miało córki i jakby się nie miało rodziców, kiedy się wie, że oni żyją i wcale nie tęsknią. Trudno się dorasta w popieprzonej rodzinie i trudno się z takiej rodziny wyrasta. W zasadzie nie wyrasta się nigdy. To popieprzenie zostaje w nas na zawsze. Może trochę maleje wraz z większą dawką tabletek.


Moje życie to jedna wielka iluzja. Równie dobrze mogłabym powiedzieć, że zaczyna się ona dziś. Bo wszystko, co było przedtem, co mnie tworzyło, co sprawiało, że chciało mi się wstać rano i coś robić... To nie istnieje.


Dziś mam inny dom, inny świat, innych ludzi wkoło. Bardzo trudno jest w jednym życiu przeżyć jakby dwa, oddzierając się od tego co było i idąc dalej w zupełnie inny świat. Ale tak czasem trzeba, bo mam wpływ tylko na swoje Zycie, na innych takiego wpływu nie mam.

wtorek, 12 maja 2015

Gdzie się podział ten dreszyk emocji?

Utkwiły mi w pamięci słowa mojej koleżanki, które wypowiedziała przy którymś spotkaniu ostatnim. Gdzieś to było w greckiej knajpce między zupą a gołąbkami ryżowo-winogronowymi. Powiedziała, że bardzo lubi w życiu taki dreszczyk, co będzie dalej, co się staniem wydarzy w życiu. I tymi słowami przywołała w mojej pamięci stan, który dobrze znałam. Z tamtego życia, bo nie z tego. Taka niepewność, podekscytowanie. nawet kiedy nie było dobrze, kiedy na tapecie było coś niemiłego, jakieś rozstanie, coś się kończyła, coś nie wyszło... Pojawiał się ten dreszczyk przygody. Jak promyk słońca przebijający się w pochmurny dzień i zwiastujący jednak odrobinę radości.


Boże, czemu dziś jestem innym człowiekiem? Jak to w ogóle możliwe, żeby w jednym życiu być nagle tak innym człowiekiem. Inaczej czuję, inaczej postrzegam świat, ludzi, mam inny stosunek do wszystkiego. Począwszy od pieniędzy po bezpieczeństwo. Wszystko jest inne. Nawet siebie widzę inaczej. Fizycznie. Patrzę na siebie w lustrze i widzę inną osobę niż kiedyś.


Psychika to jednak przerażająca rzecz. Życie nie jest takie jakie jest. Jest takie, jakie przefiltruje je psychika. Owszem, w moim przypadku bardzo duża rolę w tym dramacie odegrali ludzie. Wokół mnie jest za mało ludzi, a ci, co są, są popaprani. Każdy ciągnie mnie w swoją stroną. Każdy karze emocjonalnie, jeśli idę w inną stronę. Efekt jest takie, że cierpię i będę cierpieć do śmierci. Już to wiem. Nie napawa mnie to optymizmem, ale o optymizm w moim obecnym życiu i tak nie ma co się bić. Po prostu go nie ma. Są tylko chwile, kiedy mniej boli, kiedy z jakiegoś błahego powodu pojawia się uśmiech i kiedy przestaję myśleć na godzinę wstecz i do przodu. Czyli kiedy jestem dokładnie tu i teraz, sama ze sobą. Tylko wtedy czuję się nieco bezpiecznie.


Mam żal do Pana Boga. Bo ja już dużo w życiu zniosłam. Przeciwności. Ludzi. Kłamstw. Cierpienia. A to teraz to już za dużo, jak na jedną zwykła głowę człowieczka. Dlatego, Panie Boże, mam do Ciebie żal, żeś tak bez pardonu zwalił mi na głowę cały świat. I ok, no dobra, zwaliłeś. Ale mógłbyś go już przecież nieco podnieść! Mam dość liczenia oddechów, czy jeszcze żyję. Daj mi wreszcie pożyć normalnie. Ten dramat nie może się tak bezsensownie ciągnąć. To albo mnie stad zabierz, albo pozwól żyć i zrobić jeszcze coś dobrego!


To ja, nie zapominaj o mnie! Jestem tu! Wołam! Pomocy!!!