poniedziałek, 23 października 2017

Bolesne zderzenie z rzeczywistością

Zderzenie mogę dziś przyjmować i fizycznie, realnie, i metaforycznie.


To realne miało miejsce na pewnym skrzyżowaniu w moim mieście. Straciłam samochód, trochę zdrowia i nadzieję, że to, co się stało, było końcem nieszczęść w moim życiu. Nie było i teraz już nawet nie  śmiem myśleć tak, jak mi to powtarzają wszyscy wkoło: Już wystarczy tych nieszczęść, teraz już będzie dobrze. Nie wiem, ale chyba jednak nie będzie, skoro wciąż dzieje się coś złego.


A metaforycznie? Docierają do mnie dopiero teraz konsekwencje mojego życia. Tego z ostatnich 10 lat i całokształtu.


Po raz pierwszy w życiu kompletnie nie wyobrażam sobie nowego związku. Zawsze miałam taką wizję i powiedzenie: "Za zakrętem będzie ktoś na mnie czekał". Byłam otwarta na poznanie kogoś, nawet podchodziłam do tego z ciekawością tego drugiego człowieka, z radością. Teraz... jestem zamknięta. Z wielu powodów.


Bo mi się już nie chce inwestować energii w nikogo (mam jej bardzo mało, ledwo dla mnie starcza), bo... mi się nie chce odprawiać tych szopek "zrobienia dobrego wrażenia", czyli przebierania się po sto razy, żeby dobrze wypaść, bo... mimo że sama mam już swoje lata, sprawy damsko-męskie z panami w pewnym wieku napawały mnie zawsze obrzydzeniem (nie jestem fanką geriatrii), bo... wyobrażenie sobie namiętności w tym wieku z kimś nowym, jest dla mnie żenujące, bo... to jest ten czas, aby właśnie móc być sobą, być z kimś, kogo znam od stu lat i z nim zrealizowałam marzenia i nim zwiedziłam pół świata, a przed nami drugie pół. Czuję, że to nie jest już czas na żaden nowy związek. Time is over.



Mam teraz świadomość, że straciłam/zmarnowałam 10 lat życia (ostatnich lat na związek), inwestując w fatalnego człowieka i już nic tego nie wróci i niczego już w tej mierze nie naprawę i nie osiągnę. Nie dlatego, że bym już nie mogła (przy uporze jestem w stanie kogoś poznać bliżej).  Tylko że wydaje mi się, że poznawanie kogoś w tym wieku jest żenujące. Kogo? Wdowca? Żonatego? Kto by to nie był, to wszyscy to już starsi panowie. To byłby jak z tym funduszem "Na dożycie". Do młodszych mam potężny uraz ze względu na ostatni związek i no to, że ja psychicznie po to, co przeszłam, jestem o wiele starsza niż metryka i tego nic już nie zmieni.



Nie, nie jestem samotną kobietą czy starą panną, która u schyłku życia nagle kogoś pozna, nieświadoma tego, co może czyhać w drugiem człowieku, oszaleje, zakocha się, będzie miała motyle w brzuchu.  Jestem kobietą, która zawsze była w jakimś związku, tylko która nigdy nie była z właściwym mężczyzną, z którym do się być do końca na dobre i na złe.



Zazdroszczę tym, co mają spokojny dom, dobry związek i te pół świata przed nimi do odkrycia. Zazdroszczę tym, którzy mają jeszcze czas naprawić życie, wrzucić je na dobre tory. Tak pozytywnie zazdroszczę. Ja bardzo cierpię, że to był mój ostatni związek, ostatni człowiek w moim życiu. Ostatni mężczyzna? Zadaję sobie pytanie: Coś Ty myślała? Że ile masz jeszcze tego czasu w życiu? Sto lat? Dwieście?


Ehh...