Lubię oglądać program angielski pt. "Ucieczka na wieś" dostępny na Domo. Drugi taki program to "Wielkie projekty". Oba dotyczą domów i oba dotyczą w 90% ludzi starych. Tak, nie bez powodu piszę starych. Nie chcę nikomu ubliżyć. Jestem zdumiona, pełna podziwu, zafascynowana tym, że ludzie w późnym wieku zaczynają życie od nowa, całkiem świadomie i z radością.
I pojawia się we mnie wątpliwość. Jak wiele brakuje mi do takiej radości życia i pewności mojego "ja", żeby być taka jak bohaterowie tych filmów.
Mam kilkadziesiąt lat mniej niż niektórzy z nich, a nie robię wielu rzeczy z obawy, że jestem już za stara.
Para ludzi ok. 70+. Sprzedają swój dotychczasowy dom, w którym spędzili większość życia, gdzie odchowali dzieci i mogliby dożyć swoich lat... A oni zaczynają budowę ogromnego domu według nowatorskiego projektu architekta. Domu o powierzchni przerastającej potrzeby ich dwojga, który przerósłby potrzeby ich całych rodzin z wnukami, nie wspominając o potrzebie sprzątania go, którą trudno im będzie zaspokoić.
A jednak widzę w ich oczach pasję, wiarę, siłę. To nic, że on ledwo powłóczy nogami i jakby czasem nie potrafi szybko odpowiedzieć na pytanie. Są szczęśliwi. Szaleńcy? Tak to może wyglądać. Ich dom jest piękny architektonicznie, cudownie urządzony ze smakiem. Widać od początku, że ona ma wyczucie, styl, gust.
To są ludzie w wieku moich rodziców, którzy już od kilku lat co święta wybierają się na tamten świat, zastrzegając sobie, że to już pewnie ostatnie ich święta na tej ziemi.
I ja. Zmęczona życiem. Wręcz zamęczona. Jak Feniks powstała z popiołów depresji i nerwicy. A jednak w konfrontacji z takimi ludźmi widzę w sobie jedynie zgliszcza. Ileż mi brakuje do tych ludzi, którzy beztrosko przenoszą się na wieś, bo chcą hodować zwierzęta domowe, uprawiać ogródki. Nie myślą o tym, kto im podwiezie zakupy, kiedy przestaną jeździć samochodem, kto ich zawiezie do lekarza, szpitala... Kto napali im w piecu zimą.
Zazdroszczę im. Tylko nie wiem czego. Czy tego, że ich wiek nie jest dla nich barierą? Że czują się młodzi? Że mieli razem tak cudowne życie, że przy sobie odpoczywają i nigdy się nie zmęczyli życiem i byciem razem? Że są ufni i nie wiedzą, że coś może się nie udać?
Mam łzy w oczach, kiedy widzę takiego dziadka siedzącego w pięknym salonie z widokiem na morze, w pięknym otoczeniu, z promieniami słońca na twarzy... Myślę sobie: A jak z wami będzie tak jak z tym bogaczem, co zapełnił spichlerze, domknął zadowolony ostatni i... umarł?
Jestem jednak żałosna. We wszystkim znajdę tę czarną stronę. Nawet jak coś ma dwie strony: białą i szarą, ja i tak widzę tę czarną. Nie wierzę, że na takie dobro nie trzeba sobie jakoś specjalnie zasłużyć. Że je się po prostu bierze i ma. Mam syndrom bitego dziecka. Uchylam się przed ciosem odruchowo, zawsze, bo dostałam od życia o jeden raz za dużo.
Muszę nad tym spróbować popracować. Nie. Już żadnych domów więcej nie chcę. Ale muszę sobie uświadomić, że mam przed sobą wiele lat dobrego, owocnego życia. Nawet jeśli nie, to wiara w to pomoże mi owocnie przeżyć jutro. Tylko jak, skoro nawet kiedy to piszę, moje wnętrze krzyczy: Nie ufaj nikomu, nawet sobie samej!