wtorek, 16 grudnia 2014

Nienawiść między ciałem a duszą

 

 

black-swan-bert-kaufmann-photography

 

Zauważyłam, że od pół roku, czyli od czasu, kiedy ze mną nie jest OK, kiedy dopadł mnie demon nerwicy, stałam się jeszcze bardziej wrażliwa na ludzi, którzy cierpią. Na takich jaka ja. Czyli patrzysz na człowieka, nie widzisz w nim nic niepokojącego, ma dwie ręce, dwie nogi, widzi, słyszy, chodzi... A jednak okrutnie, powtarzam okrutnie cierpi. Ból duszy, przegrzewające się półkule mózgowe, wreszcie objawy fizyczne, które nie są tak widoczne. No, czasem widać drżenie rąk.


Inaczej dziś patrzę na osoby chore psychicznie, z nerwicą, depresją. Potrafię odróżnić odcień chorobowy, potrafię w czyichś przestraszonych oczach dostrzec ból i cierpienie duszy.


Przeczytałam dziś znów o ludziach, którzy nie mogą dojść do ładu ze swoją płcią. I tam mnie olśniło. My katolicy tak wiele mówimy o tym, że ciało to tylko marna i niedoskonała powłoka, którą otrzymaliśmy na tym świecie. Tym, co istotne, co stanowi o człowieku jest jego dusza. Prawie wszystkie przykazania odnoszą się do duszy człowieka, do jego strony wolitywnej, czyli nieuchwytnej, niedotykalnej. Dopiero czyny odciskają swe piętno w materii, w ciele w biologii. Ale nigdy nie mają w niej początku. Przecież Bóg stwarza czasem ludzi z niedoskonałymi ciałami. Ktoś nie ma ręki od urodzenia, inny ma już od pierwszych dni życia wady genetyczne czy inne choroby. Ciało z założenia jest ziemskie, ludzkie, słabe.


Jak więc na ciele mamy oprzeć siebie, swoje istnienie, konstytutywne założenia odnoszące się do nas samych?


Na kazaniach wciąż słyszymy nauczanie z Biblii, z dokumentów Kościoła, z encyklik papieży, że dusza i sumienie mają kierować naszym postępowaniem, nie ciało.


Dlaczego więc w kwestii ludzi, którzy mają konflikt miedzy duszą i ciałem my katolicy jesteśmy zmuszani rozstrzygać na podstawie ciała? Ciała niedoskonałego, zdeformowanego, chorego... ? Dostrzegam tu zasadniczą sprzeczność. Tam, gdzie nam to pasuje, jako centrum człowieka stawiamy duszę, sumienie, serce. Na przykład  przypadku cudzołóstwa, seksu przedmałżeńskiego, pozamałżeńskiego czy obokmałżeńskiego. A tam, gdzie nam już to nie pasuje, to na piedestał wypychamy ciało. W przypadku osób transseksualnych jakoś Kościół nie mówi o duszy, o rozumie, o sumieniu, o poczuciu moralnym, tylko od ciele. Ciało, ciało, ciało... Biologia, narządy, pochwa, łechtaczka, penis, jądra, jajniki, macica, nasieniowody... To są pojęcia używane przez Kościół do wyjaśnienia kto jest kim. Do wyjaśnienia, kim jest człowiek. Fair? No trochę się czuję jak idiota brany pod włos. Taka manipulacja zasadami według potrzeb. Takie ojcorodzykowe działanie wsteczno-postępowe.


Nie zgadzam się na to. Zostawiam ocenienie i potępianie cudzołożników, tak samo jak transseksualistów, osób bez ręki, nogi, jeżdżących na wózku, chorych psychicznie, wpadających w długi, depresje, nerwice... Zostawiam ich wszystkich ocenie Boga, a raczej Jego wielkiemu miłosierdziu. Jednocześnie o to miłosierdzie  dla nich wszystkich bardzo proszę.


 Weźmy taki jeden jedyny przykład. Umiera transseksualista. Od dziecka czuł się mężczyzną, choć zamkniętym w biologicznym żeńskim ciele. Kiedy wreszcie porzuca tę ziemską skorupę, czuje się wreszcie wolny, zintegrowany. Staje w obliczu Boga bez tego balastu dwoistości. jeśli przed Bogiem stajemy jako dusze odczuwające płeć, to on stanie jako mężczyzna, bez wątpliwości. Jeśli natomiast nie mamy już wtedy poczucia płaci, to stanie jako wolny bez wewnętrznych konfliktów.


Dlaczego więc odmawiacie, katolicy, tym cierpiącym ludziom prawa do złagodzenia objawów ich choroby? Dlaczego zmuszacie ich do chodzenia, kiedy mają bezwładne nogi? Dla was mają każdego dnia być stawiani na tych nogach, po to tylko, żeby po raz kolejny upaść? Takie teatrum lubicie? Rodem z czasów antycznych? Czy kciuk skierowany w dół to ma być znak katolika?


Jeśli nie chcecie im pomóc, to przestańcie paplać. Jeśli chcecie im pomóc, módlcie się. Módlcie się o cud integracji płciowej mózgu i ciała, jeśli tak wam na tym zależy. A jeśli nie, to chociaż podsmólcie się, żeby ich życie wewnętrzne było w miarę do zniesienia i aby mogli realizować najlepiej jak potrafią przykazanie miłości Boga i bliźniego.


Ja wiem ,co znaczy żyć wewnętrzny konfliktem, który jest nie do zniesienia. który przerasta wyobrażenie zwykłego zjadacza chleba. Który odbiera chęć do działania, myślenia, kochania...


Miejcie w sercach więcej empatii dla takich jak my. Ludzi, którzy skazani są na życie wewnętrzne, a na to zewnętrzne nie mają niestety już siły...


A bardzo byście się katoliccy działacze-szczekacze zdziwili, gdyby ktoś wam powiedział: nie lamentujcie nad tymi biednymi transseksualistami i innymi Bogu ducha winnymi za swoją chorobę, nad sobą raczej płaczcie i nad swoimi dziećmi...

wtorek, 2 grudnia 2014

Wspomnienia z dzieciństwa - szafa babci

 

 

 

baletnica-likely-pl-ab90e9f9

Nie wiem, czy ktoś też ma takie wspomnienie jak szafa babci. Ja ją pamiętam jak mało co z dzieciństwa. Duża, drewniana na wysoki połysk. Miała troje ciężkich drzwi z grubego drewna, giętego w falę. Otwierała się z lekkim chrobotem, a za tymi drzwiami otwierało się w jednej części królestwo pościeli, obrusów, firan koronkowych i... cukierków i ciasteczek schowanych przed wszystkożercami.


Szafa miła specyficzny zapach. Świeżo upranego i wilgoci. A ciasteczka, które babcia z niej wyjmowała, miały zawsze jedną wadę: były zawilgocone i nie były chrupkie.


To wspomnienie towarzyszące i, dokąd pamiętam. było raczej miłe, choć ciasteczka nie były zbyt dobre. Jednak była radość z tego, że babcia je wyjmowała i pozwoliła zjeść. To wspomnienie przywoływało świat, którego już nie ma, bo nie ma szafy, nie ma tego  domu i nie ma już dziadków. Ale przynajmniej było poczucie, że człowiek skądś pochodził i dokądś zmierzał.


Dziś to wspomnienie przeraża. Szafa jest jak klatka, wilgoć jest synonimem zapyziałego życia, a miękkie ciesteczka są dla mnie jak moje dni - wszystkie bez smaku, bez wyrazu... Taka goła żywa egzystencja. A czas, który wspominam razem z tą szafą powoduje, jakbym się zatrzymała na tamtym etapie, w takim zawieszeniu, bo szafa przeminęła, dom przeminął, dziadkowie przeminęli, tylko ja tam zostałam i nikt mnie nie widzi, bo nie ma kto mnie widzieć. Wszyscy albo poumierali, albo poszli do przodu, tylko ja zostałam w miejscu, w tamtym, zawilgoconym, dusznym od stężenia wody powietrzu.


Zostałam i czekam, aż mnie wreszcie ktoś z tego uwolni. Mam coraz mniej nadziei na to, że tak się stanie, że znów to wspomnienie będzie dla mnie miłym powrotem do dzieciństwa z uśmiechem w stylu art deco.