środa, 1 lutego 2017

Kolejny stopień życia

Dwadzieścia lat życia, dwóch terapeutów, trzech psychiatrów i załamanie nerwowe, nerwico-depresja, panika, depersonalizacja, lęk, lęk, wszechobecny lęk... Żeby się wyleczyć z... naiwnego zadowalania wszystkich wkoło, pomagania wszystkim, którzy mnie wykorzystywali dla swoich celów. Dwadzieścia lat, żeby się wyleczyć z poczucia winy. Żeby się wyleczyć z przeżywania cudzego cierpienia. Żeby się wyleczyć z rzucania się na pomoc każdemu, kto tylko jej potrzebował na drodze mojego życia.


Powinnam powiedzieć: Udało się! Powinnam wykrzyczeć to z radością i entuzjazmem. Jeśli dziwisz się, czemu myślę o tym, mówię i piszę na zimno, z kamiennym wyrazem twarzy: patrz akapit wyżej. Jest taka granica w doświadczaniu i przyjmowaniu cierpienia, za którą nic już nie czujesz. Nie spływa żadna łza. Nie jest ci żal nikogo. Patrzysz tylko jak wywinąć się z niewygodnej sytuacji, w której po raz pierdylionowy musiałbyś się zaangażować w coś sercem, czasem, energią, wszystkim.


Po okresie względnego spokoju, który nie trwał dłużej niż rok od przestania zażywania leków i pół roku od jazd domowych, mój ojciec nagle z dnia na dzień oszalał. No może nie dosłownie oszalał, ale kto zrozumie, jeśli napiszę, że w jeden dzień opadła u niego kurtyna demencji.


Pewnego grudniowego wieczoru, kilka dni przed Wigilią siedziałam z koleżanką w kawiarni i piłam kawę, kiedy zadzwoniła matka. Ojciec nie wiadomo czemu w mrozie poszedł pieszo prawie na drugą wieś do sklepu spożywczego po agrafkę. Tam przewrócił się na schodach i rąbnął kolanem w kant stopnia. I to był moment, kiedy moje życie znów wróciło na dobrze znane tory gównianego bagna. Ojciec trafił do szpitala ze złamaną rzepką, na operację, gips, a potem do domu, do matki, która nie uznawała w życiu żadnych niemiłych spraw, bo od tego miała mnie odkąd tylko zaczęłam żyć samodzielnie, czyli od 23. roku życia.


Nie mam na to siły. Naprawdę.