Jest tak, jak w jednym z w pierwszych wpisów. Ja w pracy, z biurkiem, a zza okna pada na mnie promień słońca, który grzeje. Czuje go na lewej ręce, ale ciepło dochodzi aż do serca.
Tylko że wszystko jest już inne. Inne biurko w pracy, które stoi w innym pokoju. Inne obowiązki, bo inne stanowisko. Po pracy będę wracać do innego domu. Nie będzie w nim tego człowieka oraz mojego ukochanego psa... Będę wracać pieszo, bo nie ma już mojego samochodu. Może zadzwonię do kogoś z innej komórki, a może nie. Powrót do domu to jak wyprawa. A zwykła damska torebka jak stukilogramowy plecak alpinisty.
Wszystko przez wypadek. Jeden, drugi... Zaczęło się od wypadku ze złym człowiekiem, któremu pozwoliłam ponad 10 lat temu wejść w moje życie. Wszedł i je totalnie rozpieprzył. Potem był wypadek ze sprzedażą mieszkania mojego i kupnem wspólnego domu. Ze współwłasnością z kredytem solidarnym. Mdli mnie na te dwie nazwy dziś: "współwłasność" i "kredyt solidarny". Nigdy więcej nie popełnię tych dwóch błędów i nikomu nie radzę.
A potem była wypadkowa sprzedaży połowy domu, kupna mieszkania i remontu oraz przeprowadzki.
I zdawało się, że już osiągam constans, czyli mogę odpocząć, jak któregoś poniedziałku podczas drogi do pracy ktoś prawie zmiótł mnie z samochodem z powierzchni ulicy.
Powoli się zbieram. Boli, psychicznie jest ciężko, a najciężej doskwiera brak auta. Też próbuję nad tym tematem zapanować.
A dziś jak gdyby nigdy nic, promień jesiennego mocnego słońca wędruje po moimi ramieniu i ogrzewa moje myśli. ratuje me skołatane serce.
Chyba jeszcze będzie dobrze. W końcu muszę się trzymać jakiegoś żagla, by płynąć dalej przez życie.