Kiedyś pisałam albo i nie o mojej zasadzie wymuszonego uśmiechu. Polega to na tym, że kiedy jesteś w czarnej d... musisz zrobić taki grymas twarzy, jak przy uśmiechu. Zapewniam, że jest to ostatnia rzecz, na jaką ma się ochotę w takiej chwili. Jednak to działa. Coś następuje w środku, w człowieku, i nagle czarne chmury nieco się rozstępują...
Podobnie jest jak zauważyłam z tym sprzątaniem wokół siebie i eliminacją przedmiotów. Rozpoczęłam proces pozbywania się nadmiaru nagromadzonych rzeczy. Wszystko dla mojej poturbowanej psychiki. I o dziwno, choć droga jeszcze długa i trudna, to już jest mi lepiej. Troszkę. Nagle rzeczy, w których chodzę, zaczęły pasować. Do siebie, do mnie, do pogody... Nadal mam półki w szafie, których nawet nie tknęłam, ale generalnie wszystko w tej mierze odzie ku dobremu.
Przeczytałam dziś jednak, że porządkowanie i wyrzucanie rzeczy to tylko krążenie wokół lasu, po jego obrzeżach. A tu trzeba wejść w głąb (według zasady, że im dalej w las, tym więcej drzew) i to właśnie wejście w głąb jest najtrudniejsze. Nie wiadomo, którą drogę wybrać, a czasem drogi nie ma i trzeba samemu przetrzeć szlak. To będzie sztuka minimalizmu w mojej głowie.
Póki co staram się ograniczyć dwie rzeczy w moim myśleniu, które wiążą się ze światem bardzo namacalnym, materialnym. Są to: nadmierne kupowanie rzeczy (głównie ciuchów, butów) oraz nadmierne jedzenie słodyczy. Obie te rzeczy są rekompensatą, zastąpieniem czegoś, to jest jak wieczny łańcuch uzależnienia, które tylko zmienia obiekt swego zainteresowania z bardziej szkodliwego na mniej szkodliwe. Niektórzy uważają, że to się nigdy nie kończy i pewnie mają rację. Poznałam niedawno ludzi, którzy mają wręcz kompulsywną potrzebę podróżowania. Niby fajna sprawa takie zwiedzanie świata. Fajna, pod warunkiem, że nie jest przymusem, że nie pokrywa czegoś, czego mamy za mało, jakiś deficyt w innej sferze życia lub coś, co sami sobie kiedyś odebraliśmy jako szkodliwe dla nas.
Z kupowaniem chyba będzie łatwiej. Bo już pozbywając się rzeczy, głównie ubrań, mam wstręt do znoszenia do domu nowych. Póki co chcę swoją garderobę zminimalizować ilościowo, strukturalnie i kolorystycznie, a to wbrew pozorom wiąże się z pewnymi zakupami. Bo niestety miałam w szafie rzeczy ładne, bardzo ładne i przeciętne, które nijak do siebie nie pasowały ze względu na fasony, kolory, wzory itd. Dlatego teraz idę w klasykę, w biele, szarości, czernie i granaty, wszystko bez wzorów, gładkie. Z rzeczy zwariowanych i kolorowych zostawiam tylko perełki.
Przyznam, że trudno jest kompletować garderobę minimalistki. Kiedyś myślałam, że trudno, bo tak mało rzeczy, to w co się ubierać. Dziś wiem, że trudność polega na czymś innym. Trzeba przemyśleć zakup tak, aby to, co chce się kupić pasowało do całej reszty. Poza tym należy najpierw zwizualizować sobie w głowie daną rzecz, a potem szukać jej w sklepach i nie robić żadnych odstępstw. Żadnych rzeczy prawie jak, podobnych do. I tu jest problem. Bo nie wiem jak inni, ale ja, kiedy znajduję swoje wizualizacje w sklepie, to się okazuje się one są horrendalnie markowe i horrendalnie drogie. Ale na tym polega minimalizm. Ma być bardzo dobre jakościowo, a to jest zawsze drogie.
Wyrzucanie rzeczy z szafy to jednak nie wszystko. Wcześniej czy później muszę skonfrontować się z moją głową i z tym, co w niej jest. A to będą niezwykle trudne konfrontacje, bo zahaczą o to, co spowodowało u mnie załamanie nerwowe. Chodzi o brak mojej wewnętrznej zgody na zmianę, chodzi o trudności adaptacyjne, które mam do dziś, chodzi o odcięcie się od przeszłości ostrym cięciem z brakiem możliwości powrotu. Chodzi o konfrontację z moimi bliskimi, którzy nie będąc osobami o podobnej wrażliwości do mnie (nie chce ich posądzać o totalny brak wrażliwości), potrafią mi bardzo, ale to bardzo dokuczyć. Muszę odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego zostawienie starego życia, starego mieszkania, starych relacji rodzinnych tak bardzo mną wstrząsnęło. Dlaczego straciłam poczucie bezpieczeństwa, które ulokowałam w rzeczach posiadanych przeze mnie i niezdrowych relacjach i teraz czuję się, jakbym była znikąd i podążała donikąd.
Czasem bardzo się boję porzucić wszystkie moje rzeczy. Czuję się tak, jakbym obdarzyła je częścią mojej duszy i teraz wraz z ich pozbyciem się czy stratą czy jakimś przymusowym odebraniem umrze kawałek mnie. W zasadzie już tak się czuje od roku, czyli od czasu, kiedy sprzedałam mieszkanie i kopiliśmy dom. Przede mną długa droga, która tylko z pozoru jest łatwa i taka techniczna, jak wyrzucenie przedmiotów. Przede mną długa droga rozstania się z tymi przedmiotami, odczarowania ich magicznej mocy, pożegnania wyobrażeń o relacjach rodzinnych i ludziach.
A na koniec, kiedy już oczyszczę swoje życie ze zbędnego balastu, przede wszystkim nagromadzonego w mojej głowie pod tytułem różnych narzuconych sobie powinności, będzie czekało na mnie jeszcze jedno zadanie. Z pustką przecież też trzeba się oswoić, by potem ją twórczo wykorzystać. A więc przede mną stworzenie najpiękniejszej wersji samej siebie.
Ponieważ piszę póki co sama do siebie, to sama sobie życzę powodzenia na tej drodze! Trzymaj się depersona, nie poddawaj i oby tak dalej! Zwalcz wszystkie swoje demony, wyjdź z tej walki cało i zwycięsko!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz