Zauważyłam już dawno, dawno temu, czyli w prehistorycznych czasach, kiedy nie miałam stanów nerwowo-lękowych i byłam pełna wiary w przyszłość, optymizmu, że przecież zdobędę góry itd., że im większy panuje porządek wokół mnie, tym sama sobie wydaję się pewniejsza, ładniejsza, lepsza. I co najważniejsze – kontrola nad codziennymi rzeczami pozwala mi sądzić, że mam też pod kontrolą całe moje życie. Dlatego od lat staram się utrzymywać porządek wokół siebie.
Teraz natomiast poszłam krok dalej. Ponieważ jestem osobą, które z mlekiem matki czy z genami babki odziedziczyła potrzebę gromadzenia rzeczy, niewyrzucania ich, bo „przydasię” i kupowania „nazapas”, to po 20 latach samodzielnego dorosłego życia zgromadziłam tych przydasiów zatrważającą liczbę (doliczyć rzeczy, z których wyrosłam ja, wyrosła córka, wyrosła moja kuchnia, spylania, łazienka...). Już podczas przeprowadzki byłam pełna obaw, ile jeszcze z tych szafek rzeczy będę musiała powyjmować... A potem: gdzie ja, kurka wodna, te wszystkie rzeczy pochowam? (weźmy pod uwagę, że podczas tego zastanawiania się zamieniłam mieszkanie 46,4 m na dom 130m!).
Od co najmniej poł roku prześladuje mnie myśl, że mam za dużo rzeczy. Doszłam do takiego wniosku nie sama. Został on mi brutalnie obnażony przez kolegę. Otóż on przeprowadzał się z żoną do Niemiec w czasie, kiedy my przeprowadzaliśmy się do naszego domu. A tak się składa, że pomagał nam w przeprowadzce. Klął na czym świat stoi, kto i po co ma tyle ręczników i pościeli, skorup i bibelotów co ja?! Bo jego żona wyznaje przeczytaną gdzieś zasadę, że człowiek nie powinien mieć więcej niż 120 rzeczy. W ogóle, wszystkich!
Ja na razie na wyrzucenie ręczników nie mam odwagi. Pościeli też nie wyrzucę. Tudzież filiżanek, szklanek itp. Ale zabrałam się za szafę. A w zasadzie nie tylko za szafę, bo spora część moich ubrań od przeprowadzki zalega w tzw. budynku gospodarczym, który jest przechowalnią rzeczy różnych. Już spakowałam wielkie dwa wory od razu z karteczką: do wyrzucenia. Drugie dwa worki stoją z karteczką: sprzedać na Allegro. Kiedy? Oby nie na święte nigdy.
Zostało mi jeszcze jedno – najtrudniejsze. Rozstać się z rzeczami, które zalegają moją szafę, a w których nie chodzę. Z rzeczami dobrymi, nieraz prawie nowymi, ładnymi, w których byłam może raz, a może w ogóle. I tak już czuję, że jak mi się to w końcu uda, to po pierwsze będę się czuła jak wolny i lekki człowiek. Po drugie, wreszcie będę wiedzieć, co mam w szafie. Po trzecie, po co nie sięgnę, to będzie to coś, w czym chodzę i co lubię.
Na to, aby zostawić tylko jeden rządek, czyli nie robić w szafie drugiej linii na razie mnie nie stać. Nie stać, bo jednak zimowe swetry zawsze lądują z tyłu, kiedy na przód wysuwają się sukienki, letnie spódnice itp. Nie wyobrażam sobie, żeby wszystkie ciuchy zajmowały tylko pojedyncze rzędy. Musiałabym, patrząc na szybko wyrzucić połowę szafy! No to w co ja bym się wtedy ubrała?
Powoli, z czasem, uda mi się zżyć ze stylem slow. Jak opróżnię szafę, to może jednak i na ręczniki i pościel przyjdzie kolej. A potem mam w planach slow fashion wprowadzić w żarcie. Bo zapomniał wół jak cielęciem był. Ale córka mi to skutecznie przypomina, bo jest studentką o okręconą kwotą na przeżycie. Zdecydowanie kupuję za dużo jedzenia, za chaotycznie i w ten sposób za dużo wyrzucam. Ideał? Nie wyrzucać żadnego jedzenia. W końcu mam psa, który powinien dojeść to, czego my nie przejadamy. A u nas... nawet psie żarcie czasem ląduje w koszu, bo za dużo mu tego nawarzę.
A jakie będzie clou tego przedstawienia planistycznego? Jestem osobą po załamaniu nerwowym, z objawami depresyjno-lękowymi. Na tabletkach od roku. Na psychoterapii od roku. Takie porządkowanie i minimalizowanie rzeczy powoduje, że zaczynam czuć się lepiej, pewniej, a to w przypadku lękowca baaardzo dużo. Dlatego polecam taką terapię wszystkim nerwusowcom i depresyjniakom!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz