To już rok. Rok mija, odkąd zrealizowałam swoje marzenie i odkąd jednocześnie zawalił się mój świat.
Jestem megazmęczona. Lęki, panika, smutek, żal rozrywają mi serce. Czuję się bardzo zmęczona już nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Mam wrażenie, że moje serce zostało przeorane na trwale i już się nie zregeneruje. Jakoś ciężko pracuje, szybko się męczę.
Głupio byłoby tak umrzeć. Teraz. Kiedy się nieco wyszło na prostą i się wegetuje. Trzeba było umrzeć wcześniej. Ale obawiam się, że w życiu właśnie tak jest. Zwłaszcza w życiu takich jak ja, co to im cegłówka w drewnianym kościele na łeb spada. A więc jak tylko przyjdzie dzień, kiedy poczuję się szczęśliwa, wtedy umrę. Jak z tym właścicielem czegoś tam z Pisma Świętego, który zamknął wrota spichlerza i zmarł. Tylko, że ja nagromadziłam ostatnio raczej same kopniaki, ciosy, ból, cierpienie... Z dóbr materialnych... raczej nie jestem dumna.
Ciężko mi. Wstaję rano i sama siebie ganię, że przecież w tej chwili nie dzieje się nic dramatycznego, że czuję się dobrze, że wszyscy zdrowi, że mam co jeść, gdzie mieszkać, że mam pracę... Żebym się tym cieszyła, żebym cieszyła się tą chwilą, tym dniem. Ale nie da rady. Problemy ponadczasowe dobijają mnie. Trudne sprawy duszą. Jak złapie skurcz taki w mózgu i w żołądku, to trzyma nieraz cały dzień.
No i to kolejny miesiąc na tabletkach. Od roku zeżarłam tyle psychotropów, ile nigdy w życiu nie pomyślałabym, że mogę w siebie wchłonąć. Jest mi to trochę na dziś objęte. Po prostu tablety nie pozwalają mi na samobójstwo, pozwalają na wegetację. Tyle.
Może po magicznym roku coś się zmieni? W cudowny sposób wszystko minie? Musiałoby się wiele zmienić w moim życiu. I w życiu bliskich mi osób. A to nie dzieje się ot tak... Chociaż myśl, że może coś się zmieni jest jakąś nadzieją w tej mojej nerwowej wegetacji w bezsmakowej galaretce życia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz