Bywają takie dni. Kiedy nic do ciebie nie dociera, kiedy nawet to, czego się najbardziej boisz, nie jest w stanie wywiercić ci kolejnej dziury w duszy.
Są takie dni. Zastanawiam się, czy daje mi wtedy spokój mój umysł, diabeł, Pan Bóg czy po prostu jedna z kolorowych tabletek. Tabletki się zmieniają. Boje się tego, że nigdy mnie nie opuszczą. Generalnie w nerwicy, panicznej, histerycznej czy jak ją tam dookreślić jest taki rubikon, którego przekroczenie powoduje efekt równi pochyłej. Jak do tej pory sięgałeś szczytów ekwilibrystyki panicznej twojego umysłu, tak teraz zaczynasz jechać w dół. Trochę to tak, jak dzieci, które się huśtają na koniku. Raz góra, raz dół. Tylko że tu w górę wchodzisz jakieś pół roku, a dalej jedziesz w dół. Nie ma już wtedy takich bardzo silnych epizodów panicznych, za to pojawia się ciągły smutek, bezsensowność zrobienia czegokolwiek, brak jutra. Jest tylko dziś i dziś trzeba jak najwięcej odpocząć od życia.
Myślałam, że to lepiej, bo nic tak mnie nie wykańczało jak pojawiające się nie wiadomo kiedy i nie wiadomo skąd ataki paniki. Ale teraz wiem, że to co jest to jest jak powolne umieranie. Ataki paniki można przyrównać do skoków linii życia na monitorze kardiologicznym, a stan, który jest teraz... No cóż, to taki moment kiedy linia zaczyna być coraz bardziej prosta. I zaczynasz się bać, co będzie jak taka prosta pozostanie.
Zaczynam już powoli nienawidzić ludzi, którzy chcą mi pomóc. Lekarzy, którzy wciąż mi trują, że to, co myślę, to tylko w mojej głowie, że nie można tak reagować jak reaguję, bo to chore...
No ale co ja do cholery mam zrobić, kiedy właśnie takie są moje myśli. Nie potrafię wyjść z siebie, stanąć obok i zacząć myśleć inaczej. Najgorsze, że mój M. stał mi się obcy. Już nie głaszcze, nie pociesza, nie jest miły. Jest raczej niemiły.
Mam wrażenie, że moja przypadłość jest jak choroba zakaźna, bo M. ciągle powtarza, że mu się udziela ten nihilizm, ten pesymizm i jest na mnie zły, że zrobiłam z naszego życia koszmar a z domu grobowiec. Trochę go rozumiem, ale tylko trochę. Przecież ja codziennie na siłę robię to wszystko, co pamięta, że robiłam dawniej. No może nie wszystko, ale wiele. A mogłabym położyć się i nie wstać i nie robić nic. Tego nie rozumie niestety mój M. Jest dla mnie coraz bardziej niemiły, jakby mnie tak potrząsał jak wyrodna matka dziecko, które ryczy i nie chce się uspokoić.
Tylko z takiego potrząsania dziecko najczęściej kończy swój żywot, bo nie przestaje płakać i ląduje na ścianie. Nie chcę, żeby mój M. zakończył mój żywot na ścianie. Bardzo chciałabym znaleźć sobie jakieś pozytywne życie. Ale tego nie sprzedają na Allegro. Moje życie pozostał poza mną. Już go nie ma. A innego nie mam, nie wiem, skąd się je bierze. Podejrzewam, że to jak z zębami stałymi. Masz je raz na całe życie. Jak ci wypadną, twój problem.
A gdzie się zamawia protezę życia?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz