wtorek, 27 czerwca 2017

Uczę się życia na nowo


Zaskoczyła mnie dziś radość z takiego nagłego silnego poczucia, że jestem, że mam na tej ziemi swoje miejsce, że mogę robić to, co robię, nawet jeśli to „coś”, to jest na przykład „tylko” droga do pracy. To są takie najpiękniejsze chwile bliskiego kontaktu z samym sobą.


Dziś rano doświadczyłam takiego uczucia. To jak maleńki promyk słońca w gęstej mgle. I takich chwil, i takich odczuć, gdzie nic nie przynagla, gdzie nic nie ściska w żołądku, gdzie nic nie trzeba, nic się nie musi, gdzie można z radością myśleć, że dziś spotka się ludzi, których się lubi, takich chwil chcę najwięcej. Czy Wy też doświadczacie czasem takiego nagłego olśniewającego przypływu pozytywnej energii i radości po prostu „tylko” z tego, że jesteście?




A wczoraj z kolei miałam taką myśl:


Boże, jak to jednak dobrze, że już jestem sama.


Byłam w OBI ze względu na strategiczne przygotowania remontowe. Przy punkcie obsługi stała roztrzęsiona elegancka kobieta, która próbowała coś wymusić na obsługującej ją kobiecie. Za nią, w jakiejś odległości stał dość rozjuszony buhaj (czyli mąż vel konkubent) i trzymał jakieś wielkie pudło na wielkim wózku, zapierając się szeroko na wsparciu owego wózka. Okazało się, że kupili jakieś coś, co było wadliwe lub nie spełniało potrzeb buhaja. Jak tylko ona wróciła do niego i powiedziała, że dziś nie wymienią, bo… coś tam, ten rzucił się na nią słownie, robiąc się purpurowy i strzelając słowami, jak pociskami z karabinu maszynowego. Ona się aż skuliła i pobladła. A po mnie przeleciał wspomnieniowy dreszcz na kształt prądu elektrycznego, po czym szybko ustaliłam, że to nie mój buhaj i nie drze się na mnie, pomyślałam błogo:


Boże, jak to jednak dobrze, że już jestem sama.


Bezcenne :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz