piątek, 21 kwietnia 2017

Nie dam rady, muszę już iść...

145337_baletnica


Wczoraj był ostatni dzień z toksycznym człowiekiem. To dziwne, że jeden podpis złożony pod kilkoma zapisanymi stronami papieru może nagle uwolnić człowieka od męki życia z psychopatą. Nie, to nie tak, że skakałam z radości. Poryczałam się okrutnie, spazmatycznie, histerycznie, tragicznie, żałobnie. Musiałam wyryczeć swój ból, wszystko, co było we mnie, co chciałam mu przez ostatnie tygodnie powiedzieć, co chciałam wykrzyczeć wręcz, a nie mogłam nic, bo bałam się, że nie dojdziemy do tego momentu podpisu.


Od co najmniej miesiąca zastanawiałam się, co mu powiem, kiedy wyjdziemy od notariusza. Trzeba by było powiedzieć wszystko, czego nie dało rady wcześniej. Ale nie czułam takiej potrzeby. Czy mam być taka jak on? Tylko  po co... Moje słowa nigdy nic nie zmieniły w jego życiu. Moje prośby pozostawały bez odpowiedzi... Moje cierpienie nigdy nie znalazło odpowiedzi w postaci ciepła, czułości i bezpieczeństwa. Więc po co.


Okazało się, że życie i tak zawsze ma swój scenariusz i wyjście od notariusza było intensywane i tematyczne, bo była ostra dyskusja na temat oddania mi tego, co miał oddać po akcie, a czego oddać z dziką satysfakcją nie chciał. No i była konieczność, wymuszona przez niego zapisem w akcie, spotkania się raz jeszcze celem podpisania jakiegoś protokołu. I to był ten moment, który miał być po wyjściu od notariusza, tylko przeniesiony w czasie.


On nastawiony na coś, nie wiadomo co. Ja u kresu cholernie ciężkiego dnia, z kresem emocjonalnym. Jak tylko podpisałam tej ostatni (mam nadzieję) z nim papier, poczułam jak ku oczom płyną łzy. Lawina łez. A że nie chciałam na oczach wszystkich konsumujących w sporej ilości hamburgery w McDonald`sie rozryczeć się jak w taniej operze mydlanej, to wstałam i wyszłam.


On coś jeszcze mówił, chciał mnie słowami zatrzymać na parkingu. Odwróciłam się i powiedziałam tylko: "Nie mogę. Muszę iść, bo już nie dam rady". Wsiadłam w samochód odjechałam kawałek i rozryczałam się okrutnie. I ryczałam całą drogę do domu i jak przyjechałam i aż do zaśnięcia. Jakbym chciała wypłakać z siebie te 10 zmarnowanych lat życia. Nie można ich nazwać inaczej, skoro tak fatalnie się skończyły.


A dziś, żeby właśnie nie myśleć, nie motać się, nie ryczeć, nie wariować i zapomnieć o trudnych tematach i toksycznych ludziach i nie dzielić włosa na czworo, poszłam po pracy do fryzjera, gdzie włos poszedł pod nóż. Potem kupiłam sobie bardzo fajne buty sportowe w Zarze, serum z wit. C i krem przeciwzmarszczkowy w drogerii i odebrałam w EMPiKu książkę Mateusza Grzesiaka "Psychologia zmiany". A co! Byłam dzielna, to samą siebie nagrodziłam. I to wszystko zrobiłam TYLKO dla siebie.


A przemierzając galerię, olśniło mnie, że jak tylko próbuję oglądać się za siebie, na ileś lat wstecz, ileś miesięcy wstecz, nawet na wczorajszy dzień, to mam ścisk w żołądku i wpadam w taki myślowy trans uzależnieniowy (właśnie zrozumiałam, że coś takiego, jak uzależnieniowy trans myślowy istnieje i ciężko się go wyzbyć). A jak tylko przestaję i zaczynam patrzeć na to, co ja robię tu i teraz, to okazuje się, że jest całkiem fajnie, że zaczynam się uśmiechać sama do siebie. Od dziś uczę się nie myśleć do tyłu. Wiem, co jest złe, kto jest zły i jakie mam braki i o nich nie zapominam, ale do złych osób, złych miejsc i złych sytuacji nie wracam nawet w myślach. Przez ten schemat fiksacyjnego myślenia o toksyku, to nie jest takie proste. Jednak wiem, że te wspomnienia i powroty są jak wielka czarna dziura pochłaniająca całą moją energię życiową. Dlatego świadomie przywołuję się do porządku. Jest tylko tu i teraz i przyszłość. Chcę, aby dużo dobrych rzeczy było dziś, jutro, żeby jeszcze dużo wszystkiego dobrego było przede mną. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz