wtorek, 25 kwietnia 2017

Syndrom nadmiernego altruizmu i syndrom braku prowadzą do toksycznych relacji

 


Znalazłam i nazwałam w sobie dwie cechy/deficyty/ułomności, które powodowały, że wpadam w toksyczne relacje. A jak wpadnę, to trudno mi z nich wypaść, czyli wyjść/zrezygnować. Mam nadzieję, że nazwanie ich i przypominanie ich sobie, jako moich cech negatywnych nie zalet, kiedy zaczynam się łamać, pomoże. Chciałam o tym napisać, bo może któraś z Was też tego doświadcza i też jej pomoże nazwanie problemu.


 


1. Chęć pomagania kosztem własnego życia, nadmierny altruizm z przesuniętą granicą obrony własnego ja.


 


Bycie dobrym i pomaganie innym jest zaletą. Ale najważniejsze jest zawsze to, aby była równowaga, jak we wszystkim w przyrodzie. Jeśli pomagam innym, to tak samo mam pomagać sobie. Jeśli opiekuję się innymi, to tak samo mam obowiązek wręcz zaopiekować się i sobą.


Niektórzy, zwłaszcza aktywni katolicy, wciąż słyszą w kościele i innych miejscach, że Chrystus oddał za nas życie, że mamy Go naśladować, aby dostąpić zbawienia wiecznego. I jak tylko na drodze naszego życia pojawia się jakaś sierotka, to czasem kiedy ona nawet nie do końca wie, czy chce pomocy, my ją już bombardujemy naszym pomaganiem, wyciąganiem z kłopotów, wspieraniem emocjonalnym i materialnym. Słowem tworzymy idealne gniazdko dla wszystkich toksyków i nawet oddajemy z nich życie, a na pewno zdrowie.


Dlaczego toksyków? Ano dlatego, że każdy dojrzały człowiek, który doba w swój rozwój, sam potrafi zadbać o swoje sprawy wewnętrzne. Jeśli czasem potrzebuje pomocy, to również i potrafi ją ofiarować komuś. Potrafi utrzymać dobre proporcje w dawaniu i braniu. A my nie potrzebujemy brać, bo przecież nauczono nas, żeby nie oczekiwać zapłaty za dobre serce i pomoc, więc nie umiemy brać i nie umiemy oczekiwać pomocy. Ba, my nawet czasem nie zauważamy, że tego nie umiemy. Dla toksyka: warunki idealne, cieplarniane, gdyż on nie ma nic do dania, za to wszystko, czego potrzebuje, chce komuś zabrać, ukraść, zniszczyć.


Dla tych, którzy zapatrzyli się na obraz Jezusa oddającego życie, nadstawiającego policzek… mam złą wiadomość. To ni jest cała prawda. To jest pół prawdy, które bez drugiej połowy nie jest wiele warte. Cała prawda tkwi w całym przykazaniu miłości. Czy znacie to najważniejsze przykazanie, które nam Jezus zostawił?


 


Kochaj bliźniego swego jak siebie samego!


 


Kto jest na pierwszym miejscu tego przykazania? Pozornie bliźni, bo występuje zaraz po czasowniku i to na dodatek o konotacji pozytywnej. Pozornie! Bo wszystko, co ma się wydarzyć w związku z tym przykazaniem, zaczyna się nie od kogoś innego, tylko od ciebie samego! Od ciebie samej!


Ty masz najpierw kochać samą siebie. I nie oznacza to, że masz stać godzinami przed lustrem i powtarzać: „Jestem piękna niesłychanie, najpiękniejsze mam ubranie!”. Owszem, możesz od czasu do czasu staną przed lustrem po to, żeby powiedzieć sobie: „Kocham cię i szanuję taką, jaka jesteś. Mam wady i wiele różnych rzeczy w sobie, ale to jestem ja, jestem niepowtarzalna. Będę dla siebie dobra, nie będę siebie niczym i nigdy krzywdzić. Będę siebie zawsze mądrze i odpowiedzialnie kochać”.


I dopiero po tak zrealizowanej deklaracji w życiu codziennym możesz iść i kochać innych, poświęcać coś dla nich też wtedy możesz. Bo wówczas od razu wyczujesz, że ten ktoś, dla kogoś coś robisz, nie robi z tym, co mu dajesz, nic dobrego, twórczego, nic, co mogłabyś poczuć jako wzajemność.


A co Jezus mówi do tych, których słowa i działania zdarzają się ze ścianą obojętności lub nawet wrogości i nie ma szans na nawrócenie, nawet na dialog szans nie ma?


Jezus mówi (Mt 10, 7-15):


 














  
7 Idźcie i głoście, mówiąc: „Już blisko jest królestwo niebieskie”. 8 Uzdrawiajcie ogarniętych niemocą, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, usuwajcie demony. Za darmo otrzymaliście, darmo dajcie. 9 Nie bierzcie złota, ani srebra, ani miedzi w swych pasach, 10 ani torby na drogę, ani dwóch ubrań, ani sandałów, ani laski, bo wart jest robotnik swojego pożywienia. 11 Gdy wejdziecie do jakiegoś miasta lub wsi, dowiedzcie się, kto w nich jest godny, i tam mieszkajcie aż do odejścia. 12 Wchodząc do domu, pozdrówcie go. 13 Jeśli ten dom będzie godny, niech wasze „pokój” zstąpi na niego; a jeśli nie będzie godny, niech wasze „pokój” powróci do was. 14 A jeśli ktoś was nie przyjmie i nie będzie chciał słuchać słów waszych, wychodząc z tego domu lub miasta, strząśnijcie proch ze swoich stóp. 15 Tak, zapewniam was, w dniu sądu lżej będzie ziemi sodomskiej i gomorejskiej niż temu miastu.

 


 


Czy teraz jesteś w stanie żyć w zgodzie z tym, co masz zakodowane z chrześcijaństwa, i jednocześnie nie szkodzić sobie? Czy możesz przyjąć słowa Jezusa, które mówi do ciebie właśnie:


 


Wchodząc w relację z drugim człowiekiem, ofiaruj mu swój „pokój”. Jeśli on będzie godny, niech twój „pokój” zstąpi na niego; a jeśli nie będzie godny, niech twój „pokój” powróci do ciebie. A jeśli on cię nie przyjmie z szacunkiem, nie będzie chciał słuchać twoich słów, wychodząc z tego związku, strząśnij proch ze swoich stóp. Tak, zapewniam cię, w dniu sądu lżej będzie mieszkańcom Sodomy i Gomory niż temu człowiekowi.


 


2. Kompulsywna wręcz potrzeba uzupełniania braków.


 


Prawą jest, że kobiety kochające za bardzo, wchodzące w relacje z toksycznymi ludźmi mają ogromny lęk przed porzuceniem. To znaczy najpierw mają lęk przed samotnością, potem przed porzuceniem. I ten lęk zapewne w wielu przypadkach, jeśli nie we wszystkich, wziął się z domu rodzinnego, gdzie nieudolna emocjonalnie matka lub ojciec lub razem spowodowali u dziecka taki deficyt. Dziecko musi sobie z deficytami radzić, więc zepchnęło do podświadomości przykrywają jakimś słodkim lukrem, żeby móc funkcjonować w rodzinie i kochać swoich rodziców.


No ale przychodzi taki moment, kiedy trup zaczyna śmierdzieć i wychodzi z szafy. A jest to moment, kiedy dorastająca dziewczyna zaczyna wchodzić w relacje.


Lęk przed emocjonalnym deficytem w rodzinie próbuje zakleić obecnością mężczyzny w życiu. A że ona nie jest dojrzałą, ukształtowaną w pełni emocjonalnie jednostką, jaką być powinna, to wpada w łapy emocjonalnego wampira, który pod pozorem dania jej tego, czego oczekuje, wysysa z niej to, co ma.


To jest obrazowo trochę tak, jakby ta dziewczyna miała takiego garba w postaci nieprzepracowanych schematów z dzieciństwa. Każde zderzenie z prostą ścianą nie jest miłe ani atrakcyjne. Czyli każde spotkanie dojrzałego mężczyzny nie jest ciekawe i miłe, bo on według niej jest nudny i zbyt mało kochający.


Za to kiedy znajdzie ścianę, w której jest wyrwa idealnie pasująca na jej garba, czyli faceta, któremu rodzice lub osobowość zrobili kuku i ma czarną dziurę emocjonalną, jest w siódmym niebie. Wydaje jej się, że on to dopiero potrafi kochać. A guzik z pętelką potrafi! On jak każdy toksyk usypia czujność, żeby zaatakować. Jak komar, który chce cię uchlać i wypić spokojnie twą krew, stad najpierw wpuszcza znieczulenie, tak toksyk, mami cię byle czym, żeby wpuścił go do swego serca, domu, na konto… A potem robi z tym wszystkim, co tylko chce!


 


Tak więc kiedy w twoim życiu toksyczny mężczyzna już jest, to wówczas okazuje się, że nie spełnia oczekiwań emocjonalnych tak samo, jak nie spełniali ich rodzicie, i popadasz w rozpacz i inne „bonusy” takich relacji. I tu każda dziewczyna powinna jak najszybciej brać nogi za pas, tudzież wszystko, co jej jeszcze zostało, i uciekać. Czemu tego nie robi? No bo boi się lęku przed samotnością. Boi się tego brakującego elementu układanki w życiu.


 


Masz tak samo? A może masz tak jak i ja, że ten lęk przed brakiem nie dotyczy tylko faceta, ale dosłownie wszystkich innych aspektów w życiu? Może masz też takie syndromy lęku jak:


 




  1. Stoisz w kolejce w spożywczym, a na półce leżą 3 bochenki chleba, a ty stajesz się z każdym klientem coraz bardziej nerwowa, że ci zabraknie?

  2. Wolisz zapłacić więcej, nawet przepłacić, żeby tylko zdobyć coś, co sobie upatrzyłaś?

  3. Starasz się zapewnić swojemu dziecku wszystko, czego potrzebuje, co chce, co jest np. potrzebne do szkoły i robisz to często zamiast niego.

  4. Spełniasz zachcianki innych ludzi, bo czujesz, że bez tego, o czym ci mówią, stają się niepełni, a ty lubisz, kiedy ty i ludzie wkoło ciebie są pełni.

  5. Jesteś pracoholikiem, bo wciąż masz wrażenie, że czegoś nie zrobiłaś, że nie zrobiłaś tego wystarczająco dobrze, czyli twoja wykonana praca nie jest kompletna.

  6. Nigdy się nie spóźniasz, a często męcząco dla siebie samej jesteś sporo przed czasem, bo spóźnienie jest dla ciebie jakimś deficytem, na który nie możesz sobie pozwolić.

  7. Nigdy nie zdarzyło ci się, żeby zabrakło ci benzyny w samochodzie.


 


Jeśli na powyższe pytania odpowiedziałaś twierdząco, to możesz mieć ten sam syndrom, co ja. Nieznoszenia poczucia jakiegokolwiek braku. Jak sobie z tym radzić? Najważniejszym krokiem jest uświadomić to sobie. Posiadanie na co dzień tej świadomości już nieco uspokaja, bo powoduje, że nie dążymy na oślep do zdobycia brakującego elementu kosztem pieniędzy, zdrowia, a nawet życia, tylko zaczynamy myśleć. To najważniejszy punkt programu: Myślenie.


Ponieważ w sytuacji braku nasz organizm nastawia się na działanie, czyli zachowuje się tak, jak w przypadku zagrożenia życia (człowiek się wysztywnia, mięśnie się napinają, następuje wyrzut kortyzolu i adrenaliny itd.) wówczas myślenie jest przytępione, schodzi na dalszy plan. Co by to była za obrona życia, gdyby człowiek, zamiast walczyć, zaczął myśleć, jak by tu zacząć walczyć. Ta reakcja organizmu nie pomaga. Wręcz paraliżuje logiczne myślenie.


Dlatego najważniejsze punkty w takiej sytuacji to:


 




  1. Uświadomić sobie, że zaczynamy wpadać w pułapkę braku.

  2. Przypomnieć sobie, na czym polega nasz problem z syndromem braku i jakie są jego następstwa.

  3. Zahamować proces reakcji somatycznej.

  4. Uspokoić się, czyli nie skupiać się na brakującym elemencie i na jak najszybszym zdobyciu go, czyli wzięciu w posiadanie, nawet po trupach.

  5. Spróbować znaleźć inne rozwiązanie (typu: w pobliżu jest dużo sklepów spożywczych, gdzie jest chleb; w końcu nie musze mieć dziś lub na weekend tego chleba, zjem makaron, nie umrę; ktoś też nie umrze, jeśli dziś nie zje eklerki lub nie dostanie nowych butów; dziecko jak raz odczuje, że przez własne gapiostwo coś zawaliło, drugi raz może samo zajmie się organizowaniem sobie potrzebnych na lekcję przedmiotów). Jak widać powstrzymanie się od jakiejkolwiek reakcji jest bardzo dobrym rozwiązaniem.

  6. Zacząć się delektować poczuciem braku. Jestem lżejsza, bo nie mam tego czegoś, co mimo wszystko ileś waży. Nie mając tego czegoś mam w sobie ciekawość, ekscytację, jak to coś (lub ktoś) będzie wyglądać. Zaczynam precyzować kryteria doboru. Dzień za dniem te kryteria weryfikuję. Pamiętam o zasadzie: Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Coś przeszło koło nosa? Drogę, którą chciałaś iść, zajął ktoś inny? Trudno. Jak mawia Hołowczyc w nawigacji: „Nowa będzie lepsza”. Nasz umysł ma taką właściwość, że szybko zapomina to, czego nie zdążył doświadczyć, z czym nie zdążył się oswoić i w końcu: co lub bardziej kto nie wrył się w niego jak haczyk w rybę, jak topór w pierś wroga. Dlatego tak trudno zapomnieć o toksycznej relacji, bo dosłownie ryje w mózgu. Dlatego tak łatwo zapomnieć o jakiejś niezrealizowanej relacji, bo nowe doświadczenia zasypują szybko stare wspomnienia.


 


Jak to pięknie mawiają osoby zakonne: Przyjąć sobie za szlachetny cel własnego rozwoju ćwiczenie się w cnocie cierpliwości. Czyli: ten element układanki nie jest dla mnie, poczekam na ten, który będzie pasował. Mam siebie 99%. To bardzo dużo, żeby normalnie żyć i funkcjonować. Jeśli wydaje mi się, że brakuje mi 1%, to tak naprawdę mogłabym go w ogóle nie odczuwać i może postaram się zmienić swoje myślenie, żeby go nie odczuwać. Owszem, inni mają ten element, którego mnie obecnie brakuje, ale nie mają czegoś innego, a jakoś żyją i nawet są radośni.


Na czym polega sztuka świadomego życia z tymi dwoma syndromami: nadmiernego altruizmu i braku? Na tym, aby wciąż pamiętać o tym, że ów syndrom mamy. Na tym, aby wprowadzać w życie środki zaradcze, czyli włączać myślenie i to na 5 biegu, a nie zdawać się na automatyczną skrzynię biegów. Na nią mogą się zdać tylko jednostki stabilne emocjonalnie.


Czyż życie nie byłoby piękniejsze i na pewno lepsze, gdybyśmy potrafili cierpliwie wyczekać do odpowiedniego faceta, mieszkania, oferty wyjazdu... A co, jeśli się nie pojawi? To temat na kolejny wpis: Sztuka cieszenia się tym, co mamy. To sztuka, ale naprawdę użytkowa.


 

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz