poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Co chce ci odebrać psychopata vel perwers?

photo_4d2833413b29cc14890f

To jest temat, który nurtował mnie od momentu, kiedy uświadomiłam sobie, że jestem z psychopatą, albo lepiej: że facet, z którym dzielę życie, łoże, stół i czas od 10 lat jest psychopatą. Szok, przerażenie, niedowierzanie i obserwacja. Niemal jak gada w terrarium. Zachowania, słowa, gesty. Analizy sytuacji obecnych i tych sprzed miesięcy lat. A nawet analizy poprzednich związków, o których jakieś obiektywną wiedzę posiadałam.


I pojawiające się pytanie: O co mu chodziło? Chodzi? Co nim kieruje, że tak postępuje. Bo zrozumiałam, że postępował i postępuje wbrew logice przeciętnego człowieka. Tam, gdzie można było porozmawiać, krzyczał i uciekał w karanie lekceważeniem. I te wymyślne konstrukcje strasząco-upadlające... Skąd on brał pomysły na to? Jak można tak na szybko, na pniu wymyślić takie okrutne tortury dla człowieka, który jest drugą połówką, z którym żyje się na co dzień, z którym planuje się przyszłość?


W zrozumieniu tego i w odpowiedzeniu sobie na te pytania, na które nie znajdowałam logicznych odpowiedzi, przyszła mi z pomocą Marie-France Hirigoyen, psychiatra, psychoanalityk, terapeutka zajmująca się dziedziną wiktymologii. Przeczytałam jej książkę „Molestowanie moralne. Perwersyjna przemoc w życiu co dziennym” i byłam w domu. To znaczy nadal byłam w czarnej dupie, ale wiedziałam w końcu, o co kaman. Ja mam taki charakter, że musze wiedzieć. Że jeśli jest jakaś wiedza do tego, żeby zrozumieć mechanizmy, to ja ją muszę posiąść. No więc posiadłam wiedzę, że byłam z człowiekiem do szpiku kości złym, perwersyjnym. Tak określa Marie typ osobowości, który inni nazywają psychopatą lub narcyzem. Perwersja jest dla niej najlepszym określeniem tego, kim jest, co robi i jaką satysfakcję z tego czerpie osobnik wobec swej ofiary. Nie ma co udawać, to typowy układ oprawca-ofiara.


Nie przedłużając, odpowiedź. Perwers na pewno się w tobie szaleńczo nie zakochał (nie potrafi kochać, choćby chciał), na pewno nie chciał żyć z tobą długo i szczęśliwie i pomnażać wspólny dorobek oraz wszystkie inne profity wynikające z bycia razem. On dążył do zawładnięcia tobą oraz tymi dobrami, które posiadasz, a które dla niego są ważnym łupem. I bynajmniej nie chodzi tu o wyrafinowanego złodziejaszka kosztowności. On chce i udaje mu się to nadspodziewanie dobrze okraść ciebie z twojej pozycji w społeczeństwie, z tego, co osiągnęłaś w życiu, z przyjaciół, z energii życiowej, której pewnie masz sporo, z radości, którą potrafisz się dzielić z innymi, z chęci do życia, z pięknych relacji przyjacielskich i rodzinnych... Marie nazywa tego typa wręcz wampirem, a jego działania wampiryzmem.


Po przeczytaniu książki, olśniło mnie. Zawsze wiedziałam, że ten mój typ miał rodzinę jak rodzina Adamsów, że matka z ojcem wyrządzili trójce dzieci jakąś okrutną krzywdę, bo wszyscy życiowo byli uchnięci, więc wydawało mi się, że wejście do mojej rodziny, która celebruje święta, która się szanuje się, pomaga sobie i spotyka się, będzie dla niego miłe, zwłaszcza że moja rodzina początkowo chciała go „wziąć w adopcję”. A on doprowadził mnie swoimi kombinacjami i wlewaniem do uszu złych komunikatów do takiego stanu, że skłóciłam się z rodzicami, z moją dorastającą córką, że uznałam ich za moich wrogów i odseparowałam się od nich. Nie mogłam tego zrozumieć, czemu on zamiast cieszyć się, że zyskał, niszczył to, co zastał. Teraz wiem. On nie chciał brać w tym udziału, on chciał to zniszczyć. Niszczenie w drugim tego, czego on nie ma, dawało mu satysfakcję. Tak jakby odbierał mi to wszystko dla siebie. Tylko że on tego nie zyskiwał. Zyskał jedynie satysfakcję, że z dnia na dzień wbijał mnie bardziej w ziemię.


Podłożem jego myślenia i działania była ogromna, patologiczna zazdrość. O moich przyjaciół, których nazywał wciąż idiotami, i swoim zachowaniem spowodował, że przestali nas odwiedzać. Ja też zaczęłam nabierać dystansu do nich, bo wciąż słyszałam jak mantrę, że są idiotami i że chcą mnie oszukać. I tak z osoby towarzyskiej, której drzwi domu się nie zamykały, zostałam sama.


Moje mieszkanie. Podobało mu się. Bo było moje, bo było sympatyczne, bo wiedział, że przeżyłam z w nim z córką 10 pięknych lat z historią, bo do tego mieszkania przychodzili znajomi, bo czuli się u mnie dobrze. Ilekroć mówił o tym mieszkaniu, jego słowa były podsycone złością, cynizmem, ironią, lekceważeniem. Teraz już wiem, że wielką zazdrością. Zresztą, jak zamieszkał u mnie, to wciąż mi powtarzał, że on nie będzie tu nic inwestował, bo to moje mieszkanie, a nie jego. Namówiłam go, aby więc kupił swoje. Kupił małe sympatyczne mieszkanko na kredyt. Myślałam, że to zaspokoi jego pragnienie posiadania czegoś własnego. Ale nie. To wciąż było mało. To nie o to chodziło! O ja naiwna wówczas. Wciąż moje mieszkanie było moim mieszkaniem, nazywanym pogardliwie „apartamentem”.


Pokazywał mi do znudzenia, jak to mieszkanie już wymaga remontu, jak jest małe i beznadziejne. A że w tym czasie zaczął bardzo dobrze zarabiać, zaczął pracować nad wyzbyciem mnie mojego gniazdka. Bo teraz już wiem, że jemu nie chodziło o to, żeby mieć swoje mieszkanie, co o to, żeby mnie wyzbyć tego konkretnego mieszkania, które było ważne i drogie mojemu sercu.


Namówił mnie na to, żeby sprzedać to mieszkanie i kupić dom. Chciał namówić na duże mieszkanie, ale jak tylko zobaczył, że moim marzeniem jest mały biały domek z ogródkiem, to zarzucił haczyk. I tak, sama dziś nie wiem, jak to się stało, kupiliśmy dom z ogródkiem (jak dla mnie idealny, wymarzony). Ale on czekał wciąż na sprzedaż apartamentu. A że w nieruchomościach był zastój, nikt tak szybko nie kupił mieszkania. W końcu zmusił mnie do takiego obniżeni ceny, żeby tylko ktoś je kupił. Ja już wtedy czułam, że źle zrobiłam, że coś w tym wszystkim jest nie tak. A największym probierzem tego nie tak był fakt, że po podpisaniu umowy kredytowej opiewającej na ponad 300 tys. zł i po zakupie domu, ja zamiast oszaleć z radości, przeszłam załamanie nerwowe.


Bardzo nie chciałam sprzedawać mieszkania mojego i córki, jakbym przeczuwała, że coś jest nie tak. Po podpisaniu umowy kredytowej cały tydzień nie spałam, ryczałam w nocy i błagałam go, żeby się z tego wycofać. Jeszcze nie był akt notarialny podpisany i kredyt nie był uruchomiony. Można było się wycofać. Co zrobiłby człowiek, który by kochał, widząc, że ukochana tak bardzo poległa psychicznie? Na pewno nie zmusiłby niewybrednymi słowami do zamknięcia się i nie straszył, że ją zapierd... jak wywinie jakiś numer i nie podpisze aktu. Tak niestety było w mojej historii. Pierwszy raz dziś ogłosiłam to publicznie. Nikomu nie mówiłam o tym, że chciałam się wycofać ze sprzedaży mieszkania i kupna domu. Wszyscy byli przeciwni tej transakcji, więc wstydziłam się przyznać do tego, że chcę się wycofać. A on w najbardziej brutalny i chamski sposób popchnął mnie do podpisania wyroku na własną psychikę. Zrobił to bezczelnie, na zimno, z wyrachowaniem i jakąś dozą sadystycznej radości.


I tak to perwers wyzbył mnie rodziny, przyjaciół, mieszkania. Jeszcze trzeba dodać samochód, który ja miałam jak się poznaliśmy, a on nie. Zaczął więc brać mój samochód jak swój, o co był wieczne spory, bo ja nie lubię prosić się o własny samochód. Co wiec zrobił? Przez 10 lat nie pozwolił mi go zmienić, nie naprawiał, tak że w momencie ucieczki ja miałam 15-letniego strupa, który odmawiał posłuszeństwa, natomiast on miał już 3 samochód z kolei, o który dbał do przesadnej przesadności. Jak tylko była jakaś plamka na siedzeniu, to musiałam latać ze ściereczką i czyścić po uprzednim sprawdzeniu przez jaśnie pana, czy aby ściereczka nie brudna, a płyn niezbyt inwazyjny. Zrobił ze mnie popychadło, kobietę nieatrakcyjną, zajadającą rozpacz, więc grubą... Czemu na to się godziłam? Ze strachu. Z ogromnego strachu, bo nie miałam nikogo, nie miałam własnego domu, a na głowie kredyt. Zrobiłam przez te trzy lata w cholernym małym, białym domku wiele rzeczy wbrew sobie ze strachu, który perwers wciąż dozował i potęgował.


I to wszystko było jego celem. Ukraść mi radość życia i wszystko, co sprawiało, że jestem wyjątkowa. Puzzle poskładały mi się w całość po tym wszystkim. Nie pozostało mi nic innego, jak zacząć powoli odbudowywać wszystkie aspekty mojego żucia. Co przy wielkim obciążeniu mojej psychiki wcale nie jest takie łatwe. Marie nie daje w swej książce zbyt dużo optymistycznych rad dla ofiar. Raczej jest zdania, że długoletni związek z takim wampirem powoduje trwałe i czasem nieodwracalne skutki w psychice. Jest tylko jeden jej wniosek, którego uczepiłam się jak skały nad urwiskiem:


Przeżyty uraz psychiczny zakłada przebudowę osobowości oraz inny typ relacji z otaczającym światem. Pozostawia ślad, kiego nie da się wymazać, ale na którym możliwe jest odbudowanie. Takie bolesne życiowe doświadczenie jest często okazją do osobistej mobilizacji. Wychodzi się zeń silniejszym i mniej naiwnym. Można postanowić, że odtąd będzie się szanowanym. Istota ludzka, która była okrutnie traktowana, może ze stwierdzenia swojej bezsilności czerpać nowe siły żywotne na przyszłość. Skrajne przygnębienie może nagle obudzić utajone predyspozycje. Tam, gdzie osobnik perwersyjny utrzymywał celowo próżnię, może się teraz objawić przyciąganie energii, podobne do ciągu powierza. Agresja staje się wówczas doświadczeniem inicjacyjnym. Wyzdrowienie mogłoby zatem polegać na zintegrowaniu tego traumatycznego wydarzenia jako konstruktywnego epizodu życiowego, pozwalającego odnaleźć wypartą wiedzę emocjonalną.


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz