Czasem ucieczka z toksycznego związku nie jest biegiem, czasem musi być ostrożnym stawianiem kroków, ale do przodu! Na początku to jest bieg. Oszalały, co sił w nogach. Byle dalej. Ale jak już jesteśmy w bezpiecznej odległości, w bezpiecznym miejscu. Trzeba przystanąć, odpocząć, nabrać sił i... działać z rozmysłem, bez emocji. Najtrudniejsze, ale i najważniejsze jest: wyłączamy emocje. Zalewamy uszy woskiem także na syreni śpiew o miłości, jaki nam zapodaje psychopata.
Ja teraz, kiedy pierwszy etap ucieczki biegiem mam za sobą, czuję się tak, jakbym podczas ucieczki musiała pokonać zamarznięte jezioro. Muszę je przejść, żeby stanąć na drugim brzegu. Stawiam kroki rozważnie, przewiduję kolejny ruch i konsekwencje pierwszego. Wyłączam emocje, na ile mogę, żeby skupić się na meritum sprawy. Lód skrzypi, czasem pęka i moczę nogę w zimnej wodzie, ale nie tonę, bo druga stopa stoi stabilnie. Wtedy milknę, powstrzymuję emocjonalne reakcje i próbuję postawić stopę w innym miejscu.
Tak muszą sobie radzić te, które nie mają tego szczęścia, że mogą uciec od razu w całości lub na zawsze. Które są złączone z podłym typem dziećmi, kredytami i innymi prawniczymi kwestiami. To ten mój typek paradoksalnie mnie nauczył tego przyczajenia, obserwacji, słuchania i wyciągania wniosków. I tego, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala. Bo to już tak naprawdę pozostała tylko gra. On gra i ja też gram. Dla niego to chleb powszedni i treść życia ta gra, a dla mnie bardzo niekomfortowa i bolesna sprawa. Ale niestety jest to gra o własne życie, dlatego gram, ile mam sił!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz