niedziela, 16 października 2016

Życie po raku duszy, czyli bolesna weryfikacja

Minęło sporo miesięcy od ostatniego wpisu. Obiecałam sobie jeden wpis na miesiąc (co najmniej), ale mi się nie udało. Przez te miesiące, kiedy nie pisałam, stało się dużo. Jestem zdrowa, upewniam się w tym każdego dnia. Kiedy jestem słabsza, pilnuję i węszę jak pies, czy aby na pewno to nie to. Ale to nie to. Mam w sobie tę pokorę, że choroba może wrócić. Jednak póki co cieszę się, że pokonałam. Pokonałam raka duszy.To dużo!


A teraz o tym, jak po odstawieniu tabletek znieczulających okazało się kto jest kim. Zaczęłam stawać na własnych nogach i coraz bardziej skupiać się na jakości mojego życia, a nie tylko na przeżyciu kolejnego dnia. I co się okazało? Mój M., ten co to pierwsze pół roku choroby dzielnie mnie wspierał, tulił, woził po lekarzach, a następne półtora roku nie chciał słyszeć o chorobie, bo go podobno wpędzała w depresję... znalazł sobie przyjaciółkę, która go pociesza, wspiera, która zrobiła w międzyczasie mu pranie mózgu. Kiedy więc oprzytomniałam, okazało się, że nie wiem, z kim jestem. Na pewno nie z facetem, z którym można było wyjechać za miasto zbierać kolorowe jesienne liście, z mężczyzną, który chciał mi podarować mały biały domek bez obciążenia kredytem, ale pana korpo, który żeby wypocząć, potrzebuje słońca Lazurowego Wybrzeża, Bali czy Bóg wie jeszcze jakiego miejsca na ziemi. Który uważa, że człowiek im więcej zarabia, tym więcej powinien się zapożyczać, żeby żyć i jeździć po świecie. Na moją uwagę, że jednak to życie, czy w korpo, czy bez się kończy i lepiej nie zostawiać za sobą długów, oraz że po śmierci zobaczy te wszystkie miejsca, na które chce wydawać zarobione i niezarobione pieniądze, za free... wpadł w szał i... od tamtej pory jest tylko gorzej.


Takie są kobiety. Wstrzelą się w każdy moment, kiedy nie widzisz, kiedy jesteś słaba, i pokażą twojemu biednemu niezrozumianemu, niezaopiekawnemu misiowi raj na ziemi.  Mam swoje lata, wiem, że z tą fascynacją nie wygram, zresztą po co mi facet, który uciekł w pracę ode mnie, jak od trądu po pół roku i schował się w skorupce nijakiej Agnieszki (koleżanki z pracy)?Taki ktoś nie przeszedł próby na mężczyznę mojego życia. I powinien odejść. Sam. Przykre to, ale życie to nie film z happy endem, a razem z depresją potrafią też opaść złudzenia co do miłości twojego życia.


Odwaga. To coś, co zyskuje się "po". Słyszę od M., że nigdy tak stanowczo nie mówiłam, że jestem inna i jego bezczelne: "Lepiej już zacznij z powrotem brać te tabletki". Czyli: "Chcę, żebyś była potulna, bezwolna, żebym mógł bez przeszkód żyć drugim życiem, ale bez  konieczności sprzedawania wspólnego domu, bo to mi się nie opłaca". Cóż, okazuje się, że weryfikacja uczuć posunięta na maksa.


Pewność. Że nikt nie będzie mi mówił, co czuję i co mam czuć.


Samotność. Choroba, którą przeszedłeś sam, daje ci silę, ale i pewność, że na ziemi jesteś tak naprawdę zupełnie sam i nic nigdy tego nie zmieni. Możesz liczyć na innych, ale nie możesz musieć liczyć na innych. To akurat bardzo smutne doświadczenie egzystencjalne.


Relatywizm. Wszystko jest względne. I to, że dziś zajmuję takie stanowisko w pracy i to, że jestem jeszcze z M. w naszym wymarzonym domu... Jutro mogę odejść z pracy, wyprowadzić się z tego domu, zakończyć związek bezpowrotnie. Kiedyś byłby to dla mnie koniec świata. Dziś alternatywa tego, co jest, a może nawet lepsze jutro.


Czy taka weryfikacja negatywna zdarzy się na pewno? Zawsze? Tego nie wiem. Nawet jeśli ludzie wkoło ciebie się nie zmienią, to zmieniasz się ty i to jest wyznacznikiem relacji z innymi.


Życzę wszystkim tylko pozytywnych zmian, nawet jeśli wymagają bolesnych decyzji.


,

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz