środa, 30 grudnia 2015

Trochę łaciny: nocebo, placebo i non nocere

O placebo nie trzeba za wiele mówić, bo raczej w dzisiejszych czasach wszyscy wiedzą, o co chodzi. Co rusz docierają do nas informacje, że jakiś nowy lek testowany jest na grupie wybranych osobników, w której część dostaje lek, a część tylko jego atrapę, czyli tak samo wyglądające tabletki, tylko zupełnie obojętne dla organizmu. O tym, kto co dostaje  testowanej grupy, wie tylko prowadzący badania, natomiast ani lekarze, ani pacjenci nie wiedza. I to byłoby tyle na temat, co to jest placebo.


Efekt placebo polega na tym, że pacjent, wierząc, że przyjmuje lek na daną chorobę, zaczyna czuć się znacznie lepiej, objawy ustępują aż do całkowitego wyleczenia. A leku żadnego nie przyjmował. Czyli działa tu prosta zasada, że wiara czyni cuda oraz wezwanie: Człowieku, ulecz się sam!


Natomiast nocebo znaczy dosłownie szkodzić sobie i jest czymś podobnym w mechanizmie do placebo, natomiast w skutkach czymś zupełnie odwrotnym. Bo w tym przypadku pacjent wierzy, że coś mu zaszkodzi i rzeczywiście zaczyna mu szkodzić, chociaż nie ma żadnych ani medycznych, ani racjonalnych przesłanek, żeby mu szkodziło. Dotyczy to głównie leków i ich skutków ubocznych. I dodam w bardzo dużej mierze dotyczy to osób z chorobami psychicznymi typu nerwicowego. Ci ludzie mają niebotyczną wręcz skłonność do przypisywania sobie chorób na podstawie cudzych objawów, które są somatycznymi rekcjami na problemy osobowościowe, życiowe lub psychiczne.


A mówiąc prosto: żeby odciągnąć siebie i innych od rzeczywistych życiowych problemów delikwenta lub od czegoś, z czym delikwent nie może lub nie chce sobie poradzić, wmawia sobie bardzo skutecznie chorobę. Tak skutecznie, że zaczynają występować objawy tej choroby. Ci ludzie potrzebują choroby jak kania dżdżu, tęsknią za nią jak pies za właścicielem, nie mogą się jej doczekać jak dziecko świętego Mikołaja. I w ten sposób dochodzimy do sedna. Czasem nie pamiętamy już powodu, nieraz nawet ie próbujemy go odnaleźć, natomiast niezwykle dobrze i precyzyjnie potrafimy chorować!


I tym chorowaniem naprawdę rujnujemy sobie zdrowie, bo wysiadujemy w niebotycznych kolejkach u lekarzy, poddajemy się bolesnym badaniom, marnujemy czas i pieniądze na prywatnych specjalistów. Nie mamy czasu na wokacje, bo urlop poszedł na lekarzy. Nie mamy środków na wyjazd, bo pieniądze poszły na badania. Nie mamy przyjaciół, bo wciąż źle się czujemy lub biegamy po lekarzach, poza tym kto chciałby wysłuchiwać o chorobach 30-latki zamiast o jej podbojach miłosnych?! I tak błędne koło się zamyka.


Jeśli w naszym życiu nie znajdzie się jedna twardo stąpająca po ziemi istota, która by nas wyrwała z tego zaklętego kręgu jakimś porządnym kopniakiem w d... to czarno widzę przyszłość. W sumie to ja jej w ogóle nie widzę.


Nocebo to taki medyczny efekt, który potem przenosi się na całość życia. Czyli staje się realną samospełniającą się przepowiednią. Czyli w drewnianym kościele dostajemy w łeb cegłówką. Czyli z czarnym kotem, czy bez niego mamy pecha i inne nieszczęścia.


A przecież naszą zasadą naczelną wobec samych siebie powinno być: non nocere! Primum non nocere! Po pierwsze nie szkodzić!


A my tu sobie po cichutku, po cichutku uprawiamy nocebo...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz