Jest na rynku książka o tym tytule. Tym, którzy jej nie znają, polecam. Dobra.
Dziś analizuję, skąd się bierze depresja, lękowość i czy w związku z określeniem tego, można jakoś sobie pomóc.
Uważam, że najlepiej mogą sobie poradzić ci, którzy mają objawy związane z jakimś przeżyciem, z niedostosowaniem np. do zmiany w życiu lub z jakąś sytuacją, która ich przerosła. Wówczas, im więc czasu mija, tym lepiej funkcjonujemy. Przy każdym ewentualnym nawrocie choroby i jej objawów są one już lżejsze i krócej trzymają.
Najgorzej mają ci, którzy zmagają się z depresją endogoenną, dziedziczną, genetyczną. Jeśli ktoś w rodzinie miał depresję kliniczną lub nerwicę, to jest prawdopodobieństwo, że będziemy i my ją mieć i jest też taka opcja, że będziemy skazani na dłuższa walkę z nią.
Obok zawalenia się świata na łeb oraz genetyki to w przenośni można też mówić o pewnym „dziedziczeniu psychologicznym”, a ściślej o powielaniu pewnych niekorzystnych schematów postępowania i radzenia sobie wyniesionych z domu rodzinnego. Na przykład, jeśli moja matka miała lęki związane czymś, to więcej niż pewne, że ona je przekazała mnie, przeniosła je na mnie. A więc to, czego się boimy oraz samą podwyższoną lękliwość mogliśmy wynieść z domu.
To też jest ważne w uświadomieniu sobie, że przyczyna mojego lęku nie jest tak wielka jak mnie się wydaje, ale że od dziecka poprzez różne komunikaty werbalne i niewerbalne otrzymywałem taki oto przekaz: Należy się bać... Jeśli sobie to uświadomimy, o ile tak było, to też łatwiej będzie zapanować nad sobą, bo to tak naprawdę nie jest nasz lęk, tylko lęk rodziców.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz