Właściwie zaczął się już wczoraj. Nigdzie nie znalazłam opisu takiego staniu, a być może tylko po prostu za słabo szukałam. To taki dzień, w którym czujesz, że coś jest nie tak lub za chwile stanie się nie tak. Bardzo nie lubię tych stanów, bo wtedy jestem bardzo daleko od swoich bliskich i od przeżyć. "Zapominam" o tym, co mnie tworzy, skąd jestem, kim jestem. Taka mała depersonalizacja. Mała, bo nie jest na tyle wyraźna i szkodliwa, by uniemożliwić mi życie. Wiąże się ze smutkiem, z żalem, z takim totalnym zatrzymaniem się w miejscu i niechęcią , by iść dalej. No bo jak tu iść, skoro się nie wie, skąd się przyszło i dokąd miło się pójść.
Coraz częściej uważam, że z takiego stanu mogę wyciągnąć coś dobrego, ale jeszcze nie do końca wiem jak. Ale to taki pomysł na kształt epizodów baśniowych, gdzie nagle wszyscy zatrzymują się i zastygają w danej pozycji, a tylko bohater może chodzić i coś robić. Oczywiście takie zaklęcia w baśni rzuca zła czarownica, aby bohaterowi uprzykrzyć życie, a on stara się za wszelką scenę znaleźć panaceum na ten stan, by go wyeliminować. Jednak ja postanowiłam ten stan wykorzystać...
Z tym, że w moim życiu to nie otoczenie zatrzymało się na chwilę, tylko ja i moja świadomość tego, kim jestem. A więc na daną chwilę, a nawet na dany dzień czy dłużej nie mam siebie, nie mam więc ograniczeń, uprzedzeń, przymusów itp. Mogę popławić się w samym byciu. Ot tak. Po prostu odczuwać satysfakcję, rozpływać się w tym, że istnieję, że niebo jest niebieskie, a chmurki białe, że mogę czuć żal, smutek, radość, że patrzę na kogoś, kogo znam, kogo lubię, a tak naprawdę nic do niego nie czuję, bo przecież ja to nie ja.
Taki znalazłam sobie sposób, aby oszukać przeznaczenie, czyli aby oszukać chorobę i jej stan - depersonalizację. Oczywiście bez tabletek nie do końca dałoby radę tak się popławić. Bo do tego nie może się pojawić lęk. On by paraliżował i stał jak cerber na straży nie skupiania się na niczym innym, tylko na strachu.
Dlatego nie rezygnuję z tabletek. Ich działanie nie jest dla mnie do końca jasne, ale czuję, że działają. A właściwie to nie czuję lęku, więc chyba działają. Myśl o tabletkach przywołuje mi na pamięć słowa, które do tej pory rzadko myślałam, takie jak: neuroprzekaźniki, wychwyt zwrotny, serotonina, noradrenalina itd. Teraz zaprzyjaźniłam się z nimi.
No i muszę odnotować sukces. Nie biorę w dzień żadnej tabletki, tylko jedną wieczorem. Nie konsultowałam tego z lekarzem, wręcz przeciwnie, on był przyczyną takiego stanu rzeczy w sposób negatywny. Po ostatniej zmianie leków jedne z nich chwytały serotoninę, ale też podnosiły ciśnienie do stanu, który mógł wskazywać, że niewiele mnie tu jeszcze będzie na tej ziemi. Lekarz na tę moją dolegliwość rzucił cierpkie: "No to ja nie mam pani już nic więcej do zaoferowania". (Jakbym co najmniej prosiła go o zrobienie mi loda). Na dziesiątki, a może i nawet setki leków tego typu on nie miał mi nic do zaoferowania!?
Zdenerwował mnie nieźle, więc się zawzięłam, powiedziałam jemu i sobie: "A pocałuj mnie w nos ty w piętkę goniony" i... przestałam w ogóle brać tabletki w dzień.
Żyję i mam się niezgorzej, czyli nie jest tragicznie. I to by było na tyle na froncie mojej walki ze samą sobą, czyli z wiatrakami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz