wtorek, 24 marca 2015

Na skróty do Jezusa

Każdy dzień sprawia ból. Długa poranna decyzja, czy wstać. Myśl: kiedyś było wyobrażenie, że jak już mi życie dopieprzy, to po prostu któregoś razu nie wstanę i już. Będę leżeć, spać i mieć wszystko w d.


Teraz jest myśl: Boże, wczoraj wstałam, dziś się waham, a więc może wstanę, ale co będzie, jak jutro nie wstanę? Nikt mi nie pomoże. Nikt mnie nie utrzyma. Zostanę wyrzucona z domu, bo to już nie jest tylko mój dom. Rodzice mnie nie przyjmą, bo przecież miałam swój dom, to go zamieniałam na nie tylko swój dom... Córka od roku wygraża, żeby mi do głowy nie przyszło kiedykolwiek, że ona mnie przygarnie.


Strach, paniczny lęk przed wszystkim, przed kolejnym dniem, przed ludźmi najbliższymi. najbliższymi. Tymi, którzy są, z którymi coś mnie łączy materialnego, jakaś zależność. Ludzie dziwni, oprawcy, kaci.


Nie mogę żyć bez nich, bo mi nie pozwalają. Coraz bardziej nie dam rady żyć bez nich, bo tak mnie osłabili. Dostaję paranoi. Nie wiem, kto przyjaciel, a kto wróg.


Jest jeszcze Bóg. Niemy, milczący, ale póki co tylko jemu mówię, co czuję.


Znajomi, koleżanki, przyjaciółki... Część z nich odsunęła się. Odzywa się sporadycznie. Pytając, co słychać, od razu zasypuje zdaniami, byleby tylko nie powiedzieć, co słychać, byleby tylko nie oprosić o pomoc, bo trzeba by się ustosunkować. Czuję się jak zadżumiona. Wiele osób mnie unika. Nie rozumie. Nie wie, że nie mogę uciec, bo nie mam gdzie. Że normalne ustalenia można poczynić w normalnych okolicznościach z normalnymi ludźmi.


Ludzie mają kredyty. Żyją, pracują, spłacają. Nie rozumieją, że mnie wszystko powoli zabija. Że nie chcę żyć. Że nie mam pojęcia, jak się popełnia samobójstwo. I to moja pieprzone poczucie obowiązku.


Nawet jeśli zrobiłam coś źle, to tak zostawić jak psa. Nie pomóc, nie podać ręki, nie pocieszyć? Widać nie zasłużyła sobie. Tym bardziej czemu mam wątpliwości o śmierć. Że jeszcze nie dałam tego, co powinnam. Tylko z dnia na dzień jest coraz gorzej. Nic nie daję, a za chwilę nie będę mieć siły, żeby zrobić nawet to. Żeby się zabić.


Oto historia kobiety, która żyła sobie spokojnie aż do dnia, w którym w jej życiu pojawił się on. Oprawca. Kobieta go nie rozpoznała. A teraz jest sama. Tyle ludzi chodzi po świecie, a ona jest zupełnie sama. A on ją zabije jej własnymi rękami. Pewnie jak zobaczy jej martwe ciało pomyśli, że była po prostu głupia i od zawsze miała nierówno pod sufitem. Nie pomyśli, że ma w tym swój udział. Gdyby tak miał pomyśleć, to okazałoby się, że jednak ma serce. A gdyby miał serce, to nie pastwiłby się nad nią tak teraz. A więc nie będzie triumfu niczego.


On się nawet ucieszy, bo zabierze wszystko, co ona z taką pieczołowitością zbierała przez całe życie. Nic nie dostanie jej rodzina, jej córka. Nie zdołała już uchronić córki.


Odeszła z ogromnym ciężarem z wielkim poczuciem winy. Teraz nie jest jej łatwo. Każdej sekundy w wieczności widzi jak cierpią jej bliscy z powody tego, co zrobił, z powody tego, że jego wpuściła do swojego życia.


Tak bardzo oczekiwała pomocy. Ale nie wiedziała już kogo o pomoc poprosić. Każdy się od niej odsuwał. Jak o trędowatej. To postanowiła iść do Jezusa. Na skróty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz