Kiedy trauma powoli odpuszcza, masz siłę i przestrzeń, żeby zacząć walkę o siebie. O powrót do normalności, a potem... może kiedyś i do radości. Nie wiem jak jest potem, bo jestem na etapie otrzymania tej odrobiny przestrzeni na zrobienie czegoś dla siebie, czyli do zawalczenia o swój powrót do życia.
Sporo czytam, wyciągam z tego, co czytam dla siebie zdania, sposoby, słowa klucze.
Brak przywiązania do rzeczy to jeden z takich kluczy do mojego nowego życia. Czyli, że moje mieszkanie jest, bo jest, ale nie staram się widzieć siebie w nim za rok, dwa, przed śmiercią. Nie wiem, gdzie będę mieszkać i jak i nie przywiązuję się do tego. Na razie jestem wdzięczna, że mam to, co mam. Nowy samochód... straszny lęk o niego zmieniałam na myśl, że to samochód jest dla mnie a nie ja dla niego. Ma mi służyć jak rzecz, jak szklanka, kubek, czajnik. To, że jest większy i droższy, nie może spowodować, że stanę się jego niewolnikiem. I tak krok po kroku odczarowuję magię rzeczy w moim życiu.
Istnieją trzy niezwykle silne trucizny, wyniszczające od środka: nienawiść, zazdrość oraz iluzja – życie w oparciu o fałszywe przekonania. Owe trzy trucizny są razem odpowiedzialne za większość bólu i cierpienia, jakiego doświadczamy.
Staram się nie myśleć o nienawiści do złego człowieka. Ona jest we mnie, ale nie chodzi o to, żeby jej nie było, ale żeby nie zawładnęła mną, żeby nie zdominowała moich myśli, bo wtedy nie jego to zabije, tylko mnie.
Zazdrość nie tyle o rzeczy, co o brak traumatycznych sytuacji, niedoświadczenie życia z psychopatą i alkoholikiem, zazdrość o zdrowe podejście do życia, o wybranie do związku kogoś, kto jest dobry, wierny i pomocny. Z taką zazdrością muszę się mierzyć. I przyznam, że jest to trudne, kiedy widzę wkoło małżeństwa, które odcinają kupony od tego co całe życie inwestowali w swoje rodziny. A ja... wkładając sto razy więcej wysiłku niż te żony, dziś nie mam nic, a nawet mniej niż nic, bo uczę się żyć i oddychać. I to jest trudne pozbyć się tej zazdrości, ale ona nie powoduje, że coś zyskuję. Raczej, jeśli już, to tracę.
Iluzja. To coś, co potrafię najbardziej. Umiem stworzyć iluzję doskonałą i nią żyć i wierzyć w nią jako w prawdę. Taką iluzję tworzę od dzieciństwa. PO to, żeby móc kochać zaburzoną emocjonalnie matkę, a potem po to, żeby móc być w tych wszystkich związkach z zaburzonymi facetami. Ostatnio przyłapałam się na tym, że nadal żyję iluzją, że miałam takie cudowne życie, które straciłam. Muszę się zatrzymać i spojrzeć na to moje "cudowne życie", jakie ono było naprawdę. A i tak coś we mnie buntuje się, że przecież miałam prestiż, dom, samochód, wyjazdy zagraniczne i osobę towarzyszącą na zakupach. Głupie to myślenie iluzją. Nie dopuszcza, że dom był jak więzienie, gdzie zły człowiek katował moją duszę i psychikę. Że wyjazdy były okupione łzami wylewanymi w łazience, że prestiż był fałszywą fasadą życia z seksoholikiem i człowiekiem nie panującym nad sobą, nad emocjami.
Trudno odkłamać swoje życie. Trudno pracować nad sobą, kiedy przestrzeń rozwoju jest jeszcze niewielka. Kiedy potraumatyczne objawy są silne i wyłażą w najmniej spodziewanych momentach. Zmęczona jestem tą samotną walką. Ale póki żyję nie mogę się poddać. Teraz mogę liczyć tylko na siebie, a siebie przecież nie zawiodę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz