Słowo klucz. Słowo wytrych. Słowo lęk. Kiedy się poznaliśmy, nosiłam pomarańczowe włosy. I tak zostałam wiewiórką na całe 10 lat. Wiewiórka vel Wiewiór. Było to miłe, tak jak miłe jest wszystko, co dobre. Nawet nie przypominam sobie brzmienia mojego imienia w jego ustach, bo słyszę tylko imię: Wiewiór. A nie, nie, pojawia się... W formie oficjalnej i złowieszczym tonem, ale to podczas nękania i po... ucieczce. Trudno używać Wiewiórki, kiedy chce się kogoś zabić.
Jak wszystko, co się z nim kojarzy, tak i Wiewiórka jest tematem ciężkim. Zwłaszcza, że w owe wiewiórki "ubrane" było nasze życie: od maskotek, poduszek, po inne przedmioty codziennego użytku. Był ogród Pod Wiewiórką i nawet nasz dom był często Domem pod Wiewiórką. Celowo nie podaję zwierzątka, w które "ubrałam" jego, bo nie chcę przywoływać toksyny.
I nigdy bym nie napisała o Wiewiórce, starałabym się ją zakopać i patrzeć, czy aby nie wyłazi spod ziemi, gdyby nie jeden tekst jednej dziewczyny na forum dla uciekniętych z toksycznego związku. Pierwszy raz przeczytałam o takim znaczeniu wiewiórki i powiem szczerze, że mi to zaimponowało. Z małego przestraszonego zwierzątka, które szybko można zniszczyć, zostałam nagle odważnym latającym Wiewiórem! Przeczytałam tam bowiem, że: "wiewiórka to osoba uprawiająca ekstremalnie ekstremalne loty wingsuitowe".
Oczywiście od razu zapytałam wujka Google, co to ten wing...cośtam znaczy.
Wingsuit – sport, w którym skoczek ubrany w specjalny kombinezon wyskakuje np. z samolotu, a następnie szybuje. Lot wingsuit kończy się otwarciem spadochronu i bezpiecznym lądowaniem. Sport powstał w latach 90. wraz z wynalezieniem niezbędnego kombinezonu.
Kombinezon wingsuit zmniejsza pionową prędkość opadania, zwiększa zaś prędkość poziomą, pozwalając w ten sposób na znacznie dłuższe spadanie niż bez takiego kombinezonu. Zgodnie z zaleceniami Amerykańskiego Stowarzyszenia Spadochronowego (United States Parachute Association), aby wykonać pierwszy skok w wingsuicie, należy mieć wykonane co najmniej 200 „zwykłych” skoków spadochronowych w ciągu ostatnich 18 miesięcy.
I tak oto zrozumiałam moją "karmę", predestynację, los czy jak kto to chce nazywać. Skoczyłam w ten związek niezwykle toksyczny, mając za sobą ileś też toksycznych związków, jak ta wiewiórka, która skacze z samolotu bez niczego, na żywioł (patrz zdjęcie). A jednak ktoś, Bóg, los czy kto w co tam wierzy, wyposażył mnie w kombinezon i spadochron, o którym nie miałam pojęcia, dopóki nie zaczęłam machać nerwowo rękami w dramatycznej sytuacji i nie znalazłam sznureczka, za który pociągnęłam. I tak oto, będąc już tuż tuż przed katastrofą rozplaszczenia mej psychiki, życia i ciała o powierzchnię nieprzychylną, wrogą wręcz i destrukcyjną, nagle rozwinął się spadochron.
Jestem na etapie tego szarpnięcia, kiedy szybkie pikowanie w dół zostaje zatrzymane gwałtownie przez opór spadochronu. Dzięki temu utrzymuję się nad powierzchnią i żyję. Ot ja! Wiewiórka! Wiewiór! Dzielny Wiewiór! Tylko że już nie jego. Swój własny, osobisty, nie na sprzedaż, nie na oddanie, nawet nie na wypożyczenie na chwilę. Na zawsze już mój. A teraz mam ochotę sobie napisać: Brawo JA!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz