niedziela, 19 marca 2017

Marzenia się niestety spełniają

Moim marzeniem odkąd rozleciało się moje małżeństwo, a mąż porzucił mnie i córkę definitywnie, tak że ona nawet go nie zna, był domek z ogródkiem, rodzina przy dużym stole, i mężczyzna przy boku, na którego zawsze będę mogła liczyć. 20 lat mojego dorosłego życia to bycie samotną matką, praca, praca i praca na wszystkich frontach, żeby zarobić na życie dla siebie i córki na poziomie nie samotnej matki, czyli takie, jakie mają pełne rodziny. Też po to, żeby zadośćuczynić rodzicom, że co prawda ich jedynaczce nie udało się małżeństwo, ale daje radę za dwoje. Tak, wiem, że to toksyczne podejście, ale tak wdrukowane w mój umysł, że dziś, mimo że o tym wiem, wcale nie jest mi łatwo.


A w tle tego odważnego zawodowo życia, ciągły strach, że nie dam sobie rady, kiedy zachorują sporo starsi rodzice, że córka zostanie sama, kiedy ja umrę. Że ja zachoruję i nie będzie miał mi kto iść do apteki czy przynieść piżamy do szpitala. Kilka doświadczeń tego typu spowodowało, że nabawiłam się strachu i chciałam za wszelką cenę zapełnić sobie drugą połówkę. Poza tym życie we dwoje, z kimś, z kim można wymienić myśli, iść na spacer, do kina, do znajomych, wyjechać na wakacje... to same plusy w porównaniu z latami, kiedy wszystko to musiałam zapewniać sobie sama lub wcale. Zresztą nie można mieć żalu do siebie, że chciało się dzielić z kimś życie. Tylko dlatego, że ten ktoś nigdy się nie pojawił, a pojawiali się oszuści.


Potrzebowałam wsparcia i chciałam je od facetów, którzy mnie jedynie wykorzystywali do swoich celów. Po wielu toksycznych związkach myślałam, że marzenia się spełniają. Związałam się z M. Trudne dzieciństwo, trudna historia, trudna młodość, trudna rodzina, ale był, nie znikał i chciał być razem do śmierci! Po różnych perturbacjach alkoholowo-bezrobotnych, przestał pić, wziął się do roboty, zaczął w korporacji zarabiać duże pieniądze. Sprzedałam swoje mieszkanko, dobraliśmy wspólny kredyt i kupiliśmy wspólnie nasze miejsce na ziemi: dom z cudownym ogrodem, o jakim nawet nie marzyłam.


Tylko ten mój anioł-opiekun M. okazał się psychopatą, zaburzoną osobowością i jak tylko poczuł, że ma kontrolę, czyli kiedy podpisałam akt notarialny i kredyt, uczynił z mojego życia piekło zakrapiane alko. Co z tego, że ogród i dom dawały mi pocieszenie, kiedy mieszkałam z wrogiem, z oprawcą, a zamiast pomocy odizolował mnie i skłócił z najbliższymi, znęcał się agresją słowną, krzykiem, wyzwiskami, straszeniem, szantażem. Uciekłam od niego nagle, z naręczem ubrań tylko. Mój lęk przed nim już się nie kryje. Boję się iść do domu po cokolwiek, a on nadal próbuje mnie zastraszać i szantażuje. Mieszkam kątem u rodziców, których wzrok jest dla mnie jak jeden wielki wyrzut sumienia. Zdobyłam swoje marzenia, które mnie zabijają każdego dnia. Nie mam celu, jestem sama, a wręcz czuję ostracyzm tych co są obok mnie i niezrozumienie innych. Boję się M., jestem stara i nie mam już po co i o co walczyć. Chciałabym, aby ktoś uwolnił mnie z ogromnego żalu po stracie marzenia, uzbroił mnie na czas jego tracenia i pokazał jak mam rozprawić się z oprawcą w sobie.


Nie wiem, czy chcę się podnieść. Póki co robię wszystko, aby odzyskać pieniądze i kupić dach nad głową, bo tu gdzie jestem, nie jestem mile widziana. I tylko paradoksalnie to mnie popycha do tego, żeby się przemóc i spotkać z M. Moja mało empatyczna matka jest motywacją, żeby zawalczyć o swój majątek.


Wyleczyłam się z korporacyjno-zachodniego celu, spełniania marzeń i pędzenia jak chart do tego celu. Byłabym bardziej szczęśliwa, gdyby moja marzenie nigdy się nie spełniło.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz