To będzie o bolesnej weryfikacji ciąg dalszy. Zdecydowałam się nazwać wszystko po imieniu prawie do końca. Zdecydowałam się zawalczyć o siebie. Zdecydowałam się odejść. Zdecydowałam się za wszelką cenę, ze zgodą M lub bez niej, pozbyć się wspólnego domu na rzecz choćby małego kątka, ale własnego, bezpiecznego, gdzie nikt nie znęcałby się nade mną psychicznie, gdzie mogłabym spać spokojnie. Bez prochów i lęku o siebie.
M. jest chory. Spore zaburzenie osobowości, elementy psychopatii, manipulowania, szantażu emocjonalnego. W ostatnich dwóch latach, odkąd awansował w korporacji i zaprzyjaźnił się bliżej z przodowniczką pracy w firmie, objawy agresji nasiliły się bardzo.
Tak bardzo, że uciekłam z mojego wymarzonego miejsca na ziemi. Z mojego dopieszczanego domu, kochanego ogrodu, od mojego psa. Mieszkam kątem u rodziców. Nie są z tego powodu zadowoleni. Wciąż słyszę od wszystkich: "Kochana Pani, kto cały majątek wkłada we współwłasność?". Słyszę to bardzo realnie, na przykład od pani adwokat, która spokojnie mogłaby odgrywać w realnym świecie postać Ewy Braun, ale też słyszę niemy głos moich rodziców, niektórych przyjaciół... Moja psychika się broni przed tym katowaniem leżącego. Przecież gdyby on był zdrowy, normalny, a jego zachowanie trzymałoby się norm ogólnoludzkich, to dziś bylibyśmy postrzegani jako ludzie sukcesu, którym wszystko w życiu się udaje. I ci wszyscy ludzie patrzyliby z takim przekazem: "Wiedziała, co robi. Poświęciła swoje mieszkanie, ale ile zyskała! Mają piękny dom z cudnym ogrodem, dom, dobrą praca, fajne wakacje... Żyć nie umierać".
Tak to wyglądało na zewnątrz. Bo przy obcych jaśnie pan był czuły, dla mnie, taktowny, mówił "kochanie". Kurwą i pizdą byłam tylko, gdy byliśmy 1 na 1. Z tą piękną fasadą z nowym tynkiem, naturalnym kamieniem i drewnem kryły się już mniej piękne obrazki...
Zeszłam mu już całkiem z drogi. Śpię kątem na nierozkładanej kanapie w saloniku przed telewizorem, a on i tak nie daje mi spokoju. Co wieczór wypija odpowiednią ilość piw, żeby podrasować jeszcze i tak wybujałą agresję, i dopada mnie słownie, kiedy właśnie zasnęłam. Włącza światło, drze się na mnie, włącza muzykę. Jestem dziwką, kurwą, popierdoleńcem, cipą, debilką, pizdą... A potem jeszcze pojawiają się całe konstrukcje słowne pod moim adresem, których sama nigdy nie wymyśliłbym, choć podobno mm talent twórczy. Od czasu do czasu ta lawina słów przenosi się na obiekt mojej córki, matki, ojca i koleżanek. I tak prawie do rana, kiedy sam już prawie zasypia. Wtedy daje mi spokój. Na odchodne rzucając, że tak będzie co noc. A ja wstając, robię makijaż, na 8 idę karnie do pracy i udaję, że wszystko jest OK.
Pan korporacyjny. Manager. Ktoś. Samochód służbowy, służbowe wyjazdy, służbowe hotele, służbowa Majorka, służbowe spotkania, służbowa koleżanka. Z którą rozmawia od dwóch lat codziennie po kilka godzin dziennie. Potrafi zerwać się od zupy, kiedy ona dzwoni, i już nie wrócić do stołu. Potrafi zostawić gości przy grillu i już nie pożegnać się z nim na odchodnym, bo rozmawia kilka godzin. Godzinne, wielogodzinne rozmowy z tą kobietą, z którą dzieli go jakieś 500 km odległości, ale łączy jakaś nić zbliżonych osobowości gnębicieli i narcyzów. Wszyscy w koło są idiotami, oni dwoje uratują świat. Bo któż jak nie my! I do chorej osobowości, do korporacji dołącza jeszcze taka czarownica, która odmienia jego życie na użycie: wszystkich i wszystkiego do własnych celów.
Wakacje. Egzotyczne, zagraniczne, drogie. Wyjeżdżamy na Maderę. Ja złapałam dwa dni wcześniej wirusa grypy czy czegoś takiego. Zdycham. Temperatura, słabość, ból gardła, potem duszności. Lecimy. Wieczorem obowiązkowo spacer po okolicy. Pocę się jak mysz, mam kolorowe plamy przed oczami z choroby. Zasypiam. Pobudka o jakiejś wczesnej godzinie, jedziemy na wycieczkę nr 1 z listy, która powstała w strasznej awanturze przed wyjazdem (bo przed wyjazdem zawsze są jakieś straszne awantury, po powrocie zresztą też). Parkujemy w pomarańczowym górzystym krajobrazie. Moim oczom ukazuje się pomarańczowe pasmo wznosząco-opadające, a na końcu w oddali grzbiet, który wcina się w morze. Myślę sobie, że się przespacerujemy alejką... M. wyciąga buty trapery, każe mi założyć bierze plecak i idziemy. Po niedługim czasie już wiem, że idziemy na sam koniec, na szczyt. Na antybiotykach, w chorobie... Modlę się po drodze, żeby nie zejść na zawał. Przed ostatnim podejściem na szczyt mam ciemno przed oczami. Czuje, że umieram. On się drze, że zawsze czymś zepsuję coś. Po chwili odpoczynku i pod jego piorunującym wzrokiem podnoszę się i ostatkiem sił wdrapuje się na strome podejście do szczyt. Mijamy figurkę Fatimskiej w zagłębieniu skalnym. Zastanawiam się, gdzie Ona teraz jest. Ta prawdziwa. Matka Boża. Potem 5 godzin w drugą stronę, czyli znów góra-dolina-góra... Cieszę się jak dziecko... że nie umarłam. Teraz pół roku po tym zdarzeniu dociera do mnie, że człowiek nigdy w życiu nie zmusiłby drugiego chorego człowieka do takiego czegoś i jeszcze kazał mu się cieszyć z tego. Dopiero teraz... Człowiek...
Święta. Co roku straszny stres. Kilka dni przed zaczynają się awantury. Dlaczego mamy je spędzać z moimi rodzicami nie z jego. Jakby nie był istotny fakt, że jego rodzina nie spędza świąt razem. W ogóle ich nie obchodzi. Nie obchodzi ich nic. No ewentualnie, gdyby była możliwość przytulenia trochę kasy za free... Ale o jego rodzinę są wieczne awantury. Nazywam ich Rodziną Adamsów, bo tacy są. Okrutni, bezwzględni, podli i wyrachowani. Kiedy w końcu jedziemy do moich rodziców na Wigilię, jestem jak po ostatnim etapie drogi krzyżowej, choć to Boże Narodzenie. Mam dla wszystkich prezenty. Dla M. też. Jest też prezent dla mnie. Sama go sobie kupiłam, żeby rodzina nie widziała, że on ma to w d... Wyłapuję łzy nad karpiem, zanim pojawią się w oczach. Udaje się. Jak co roku. Nikt nie wie, jaką gehenną okupiłam kolejne święta.
Boję się go. Tak bardzo, że śpiąc na kanapie przed telewizorem, budzę się na najmierniejszy szelest. Myślę, że to on wymyślił jakaś kolejną torturę dla mnie lub znów chce się na mnie powydzierać lub mnie prowokować idiotycznymi pytaniami, typu: Co zrobię jak on umrze, a komornicy jego ojca zapukają do mnie po część domu? Co zrobię, jak on rzuci pracę i będę musiała utrzymywać dom, spłacać kredyt i jego? Wie, że strasznie boje się kredytu, który mamy, tego, że go nie spłacimy i komornika. Dług jego ojca przekracza znacznie cały nasz majątek. W ogóle wszystko, co o mnie wie, wyolbrzymia do jakichś rozmiarów monstrualnych i mi tym dokłada.
Uciekam. Do rodziców. Z naręczem ubrań i innymi dziwnymi rzeczami, które zgarnęłam do samochodu. Paleta jego wściekłości, szantażu, wszystkiego jest w całej krasie. Jak od niego odejdę, to się zabije. A jak się zabije, to będę w czarnej dupie ze współwłasnością domu i kredytem. Słucham go, słucham, siedzę w tym McDonaldzie i myślę... Są dwie opcje: albo pójdzie się leczyć. Psychiatra da mu tabletki, psycholog zacznie rozwiązywać wszystkie supły na jego psychice i wreszcie sam z siebie da mi spokój. Albo on się zabije. Jest mi wszystko jedno. Wersja druga byłaby szybsza i definitywna. Wizja współwłasności, komorników ojca i innych atrakcji jakoś mnie już nie przeraża w perspektywie uwolnienia się. Marzę o poczuciu bezpieczeństwa i własnym domu. Do tego mnie doprowadził.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz