To takie wredne wyżłobienie psychiki, ten niepokój. Jest jak stały towarzysz życia. Wciąż się o coś niepokoję. Oczywiście , myśląc niepokój, to ja wtedy uśredniam. Są stany przerażania, paniki i totalnego spięcia, a a jest takie lekkie mrowienie na karku lub w brzuchu i nie ma to nic wspólnego z uczuciem znanym potocznie jako motyle w brzuchu.
A tu jest niepokój. I czasem, powtarzam z naciskiem na czasem, tego niepokoju nie ma. Jakoś o nim zapominam, na przykład zajmując się czymś tu i teraz. Jest fajnie,, po prostu oddycham, żyje i robię to, co w danym momencie robić powinnam. I nie myślę o niczym innym...
Nagle pojawia się. Jak ukłucie wielka szpilą w samo centrum żołądka. Niepokój, bo przecież pozwoli9łam sobie na chwilę życia bez zamartwiania się o wszystko. Jak mogłam do tego dopuścić?!
Jestem chyba osobą chorą. Bardzo chorą. Skoro moje myślenie poszło w tym kierunku, że trzymam talerz, którym jest ziemia, to jest ze mną bardzo źle. Gorzej nawet niż z tymi, którzy wierzyli, że ziemia to talerz podtrzymywany przez jakieś centaury. Bo ja znam z nauczania Kopernika i wiem, że ziemi to kulka. A jednak mimo że znam, mimo że wiem, to trzymam ten talerz i broń Boże, żebym przysnęła. Wtedy los całej ludzkości jest zagrożony.
Tak zachowują się tylko ludzie chorzy. A lekarka powiedziała mi wczoraj, że to minie, że wyjdę z tego silniejsza. Tak bym bardzo chciała, żeby miała rację.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz