Zastanawiam się... Czy ze względu na swoją przypadłość ludzie traktują mnie inaczej, patrzą dziwnie, uważają za wariatkę? Staram się tak nie myśleć, ale kto wie... Może nawet ci, którzy są mili, udają przyjaciół, w zaciszu domowym ze swoją połówką mówią: "Ale jej odchrzaniło". Ja też kiedyś myślałam, że kogo jak kogo, ale mnie to nie spotka. Uznawałam siebie i byłam powszechnie uznawana za konia, który ciągnie tę karawanę, nie zatrzymując się, ze wzrokiem utkwionym w przód. I to konia w pełnym uśmiechu! Tak było... Kiedyś.
Za to już nie od dziś, nie od teraz, nie od choroby jestem bardzo wrażliwa na ludzi, którzy są publicznie odrzucani i piętnowani. Jak zaklęty jawi mi się krąg osób mających problem z płcią, transseksualnych, a może bardziej jak zaklęte jawią mi się umysły mądrych ludzi i prostaczków, a przede wszystkim ludzi Kościoła, hierarchów, którzy uparcie twierdzą, że płeć się ma taką, jakiego ma się fiutka. Dla mnie argument fiutka jest głupi i można go obalić bardzo prosto. Otóż hermafrodyci, mający jedne narządy widoczne, inne ukryte, odczuwają jedną płeć. Jedną! Niezależnie od tego, co się ukształtowało czy nie, co lekarze w dzieciństwie zadecydowali lub jak rodzice wychowywali. Odczuwają jedną płeć! Bo płeć to nie biologia, nie tylko biologia. Jeśli idzie w parze z biologią to jest super. Ale nie zawsze idzie. A mnie idzie o to, że jeśli są tacy ludzie, zdrowi psychicznie, chorzy "na płeć", to znaczy, że Bóg to zaplanował, przewidział, dopuścił czy spuścił. Zwał jak zwał, ale Boży palec w tym jest! I nie wiem, jak ślepym trzeba być, by nie dostrzec tego, by nie widzieć cierpienia tych ludzi i ich nieustającej wiary, że może jednak Bóg ich kocha.
Owszem, zapewne są wśród chorych na transseksualizm idioci, rozpustnicy, ateiści, walczący ateiści, mordercy itd. Ale w którym środowisku nie ma takich jednostek? No nawet wśród duchownych są patologie. I to niestety nie w odosobnionych przypadkach.
Logika Boga na szczęście jest logiką Boga, nie człowieka, więc skoro On stworzył osoby, które są kobietami czy mężczyznami, a ich ciało nie idzie z tym w parze, to znaczy, że Bóg to zaplanował. Tak samo można dywagować nad tym, dlaczego człowiek, który urodził się z uszkodzonym mózgiem, nie funkcjonuje jak pełnosprawny. Albo dlaczego bliźniaki syjamskie nie są szczęśliwe i nie rozwijają się tak jak my wszyscy, ci "normalni", tylko się robi setki operacji, żeby je rozdzielić i jakoś przyporządkować każdemu narządy. I jak wszyscy rozumiemy, co to uszkodzenie mózgu, ciała czy zaburzenia psychiczne, tak jakoś się uparliśmy, żeby nie rozumieć, że są zaburzenia płci.
Nie pojmę, na jakiej zasadzie tak się uparliśmy lub Kościół tak się uparł. Chyba tylko na takiej, że Kościołowi wszystko, co między pasem a kolanami, kojarzy się z jednym, z bezeceństwem. Osoby o zaburzonej płci są trędowatymi XXI wieku, tak jak za czasów Jezusa byli trędowaci. Też się ich bano z powodu możliwości zarażenia, ale najważniejsze było to, że uznano ich za ludzi nieczystych wobec Boga, szatańskich, którzy sprzeniewierzyli się Bogu. Ile w tym prawdy? Dziś wiemy, że zero. To choroba i tyle. Ale to Pan Jezus jako pierwszy poszedł do trędowatych, rozmawiał z nimi, dotykał ich i uzdrawiał. On pokazał, że trędowaci nie są opętani, tylko chorzy.
Czemu chorzy? Ano na to pytanie, dlaczego człowiek choruje na raka czy zanik mięśni też nie znamy odpowiedzi. Natomiast idąc śladem Jezusa, powinniśmy dziś z miłością bliźniego pochylać się nad chorymi "na płeć", być blisko nich, nieść im Jezusa i Jego Dobrą Nowinę. Tak jak ci, którzy decydują się poświęcić życie choremu dziecku czy osobie dorosłej, z którą wiążemy się na dobre i na złe, wiedząc, że jest bardzo chora, że jest na wózku...
Na tym właśnie polega miłość bliźniego, żeby nikogo nie odtrącać "za Chrystusa". I nikt nie mówi, że to jest łatwe. Bo nie jest.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz